Chciałam jeszcze coś Wam "powiedzieć" w nawiązaniu do dzieci, ale po przejściach dnia wczorajszego padłam obolałymi polikami w poduchy i (jak to mawia Norbert) niepostrzeżenie znalazłam się offline. Ponoć takie zachowania bywają niebezpieczne- pewna znajoma, której również dane było tak odlecieć ze zmęczenia (chwilę po tym, jak okazało się, że jednak może odetchnąć i przestać gwałtownie siwieć) obudziła się nad ranem i pożarła całe opakowanie Ptasiego Mleczka Wedla o smaku waniliowym, razem z plastikową przekładką oddzielającą warstwy. Podpuszczana dopowiada, że papierowego pudełka nawet nie skubnęła, że należy na to mleczko uważać, i że już do końca życia będzie zamykać przed snem szafki na klucz, a klucz wędrować będzie do teściowej w depozyt ;)
O dzieciach napiszę jakośkiedyś, a tymczasem pozostawiam Was z gromadką rumianych, różnorodnych twarzyczek. Troszeczkę dlatego, że znowu znikam i nie wiem jak z blogowaniem będzie, a bardzo chcę o tych moich zgryzach stomatologicznych szybko zapomnieć... No i troszeczkę dlatego, że w Bezduszu znalazłam za szafą kolejną pocztówkę z wizerunkiem dziecka namalowanego przez Panią Danutę Muszyńską-Zamorską. Pocztówki te były niegdyś bardzo popularne (właśnie, właśnie- wraz z
tymi dźwiękowymi) i bardzo dobrze pamiętam te wszystkie wielkookie twarzyczki, zerkające na mnie ze słomianej makatki wiszącej nad łóżkiem. Wtedy przyszło mi zarówno kończyć, jak i zaczynać dzień od niezwykłego wymieniania się spojrzeniami , a teraz cudnie było, przy pomocy pocztówki, przenieść się na chwilę do tamtych czasów...
*