Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na talerzu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na talerzu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2012

Na pożarcie, czyli co miał imbir do łabędzia ?

Jak już zapewne niektórzy z Was wiedzą, w Bezduszu, na moim ukochanym podwórku  nierzadko zdarzają się zjawiska nadprzyrodzone. A to zmieści się na nim więcej samochodów niż na parkingu pod Biedronką. A to z nieba niespodziewanie polecą jakoweś perseidy, i to wprost na zadarte ku niemu głowy (gwoli jasności dodam, że "stwórcami", a raczej "wytwórcami" owych perseidów, że się tak zawile wyrażę, były dwa gołębie zamieszkujące pobliską lipę)... A to znowu ktoś nagusieńki, tak jak go sam Pan Bóg stworzył, stanie na szczycie podjazdu i wzniosłym gestem pocznie pozdrawiać przejeżdżających drogą kierowców.  No cóż, Ci, co dostosują się do nieopodal domowego, okrągłego znaku i faktycznie ograniczą swoją prędkość do 30 km/h,  mają szansę poczuć się nietuzinkowo powitani i pozdrowieni ;DDD Albo też znienacka można być świadkiem niezwykłego tańca godowego łabędzia, a tym samym, po pewnym czasie, uczestniczyć w jego przyspieszonym przepoczwarzaniu się w ludzika Michelin, dodam, że ludzika, który wcześniej posłużył za drapaczkę całemu stadu rozentuzjazmowanych kociaków. No tak, mawiają przecież, że człowiek co dzień staje się światkiem jakiegoś cudu ;)


Gabriel von Max,
Małpa przed szkieletem (Affe vor Skelett)
Niewtajemniczonych odsyłam tutaj, wtajemniczonych natomiast uprasza się uniżenie: nie błagajcie mnie o dokumentowanie fotograficznie  owych zjawisk, gdyż, jak to z każdym zjawiskiem bywa, przychodzą one zgoła zupełnie niespodziewanie i wciągają w wir akcji równie sumiennie jak jakowaś trąba powietrzna, i wierzcie mi, nie sposób jest wtedy pstryknąć nawet malusieńkiej fotki :D   Z tańcem łabędzia było podobnie i gdyby nie psina Halina, która nagle wystartowała z kuchni jak z procy, nawet bym nie zorientowała się , że coś jest na rzeczy, bowiem siedząc w słuchawkach i kiwając główką w takt muzyki zajęta byłam obtaczaniem w cukrze wyjętych właśnie z syropu, gorących, lśniących płatków. To bardzo ważny moment w całym procesie kandyzowania imbiru i ani mi się waż odchodzić choć na chwilę, bo wsio szybko stygnie i z talarków nagle robi się miodowa kuloklejka. Ale skoro przyjaciel donośnym krzykiem obwieszcza alarm... cóż było innego uczynić jak pędzić z pomocą?
Zatem prezentuję Wam powstałe wówczas imbirowe „galaretki”, w posypce cukrowej obfitszej niż zazwyczaj, niemniej równie smaczne!, i od razu dzielę się przepisem, jako, że obiecałam to niektórym zaprzyjaźnionym imbirożercom. 


PRZEPIS NA SZCZYPIĄCE GALARETKI,
CZYLI CAŁE MORZE KANDYZOWANEGO IMBIRU


 I tak należy:
* Zakupić sporo imbiru (w przepisie 1,5 kg.), wybierając te kłącza, które wydają nam się zwyczajnie zachęcające i ładne, czyli młodziutkie, niepomarszczone, zdrowe, o gładkiej skórce i takie raczej niewielkie (niezbulwione), bo inaczej nasze „galaretki” będą łykowate i uparcie oporne w gryzieniu. Ja z rozmachu przywiozłam jakieś 1,5 kg, bo zwąchałam, że imbir w Lidlu jest jakimś cudem tani jak barszcz. 

*Do tego trza zaopatrzyć się w jakieś 2,4 kg. cukru, większą szczyptę soli i 3 litry wody. 


*Imbir cieniutko obieramy i kroimy na talarki, tak, ja wiem... z 4-5 mm grubości. W garnku zalewamy go wodą tak ino, by go przykryć i całość doprowadzamy do wrzenia, a jak zabulgocze zmniejszamy gaz i ok. 10 minut gotujemy tak, by  woda ino trochę plumkała. Przecedzamy i cały proces, czyli wygotowywanie palącego smaku powtarzamy trzy razy. Chyba, że ktoś lubi taki "wściekły", to wtedy trza wypróbować na własnej skórze, ile razy i jak bardzo chcemy by gryzł w język… Potem wlewamy do gara 3 litry wody, dosalamy, cukrzymy wsypując te 2,4 kilograma, wrzucamy przecedzone talarki i doprowadzamy do wrzenia... a jeszcze potem dłuuuugo gotujemy na baaaardzo wolnym ogniu. Mi to w takim garze (o grubym dnie) gotuje się ok. 6-7 godzin. Gotujemy sobuie, aż syrop zgęstnieje nieco, a gdy wylejemy go trochę na talerzyk i ostygnie to ma konsystencję płynnego miodu. Szkliste talarki wyciągamy partiami z gorącego syropu i obtaczając nieco w cukrze (bardziej lub mniej cukrzymy, jak kto woli) układamy na talerzach do ostygnięcia. Galaretki przechowujemy w szczelnie zamkniętych opakowaniach, w ciemnym miejscu, temp. pokojowa. Syropek radzę zawekować: latem, z lodem i cytryną pychotka, a zimą do herbatki, tak na wszelkie dolegliwości i niedomagania. 


Imbir odkryłam zupełnie niedawno, jak pochorowałam się na tę nieszczęsną boreliozę i nagle okazało się, że nie jestem w stanie jeździć samochodem bez mdłości. Sprawdziłam i ręczę, że pomaga! Na zapalenie stawów też, faszeruję się nim miast łykać te wstrętne leki przeciwzapalne, i muszę przyznać, że nie widzę różnicy;) Gdzie ja bym jakiś czas temu taką torbę uszyła, jak zwykłej szklanki z wodą obolałymi rękoma nie mogłam złapać? A tak na marginesie- znów porwała mnie rzeka wspomnień i jak ktoś ma ochotę popłynąć nią wraz ze mną zapraszam serdecznie na MooNatowego bloga, hi hi, tak mi się dzisiaj dobrze pisze, chyba dlatego, że wciąż drobny deszcz poetycko wtóruje memu stukaniu w klawiaturę… 


...a Norbert króluje w kuchni: zdążyłam podejrzeć, zachłysnąć się kolorami,  pstryknąć bez odrobiny światła i uciec, nim kucharz zagroził, że oberwę mokrą ścierą ;D



Ale wracając: oprócz tego wiadomo- imbir dobry na przeziębienia, PMS, migreny, koncentrację, zatrzymywanie młodości itp. itd, można poczytać w sieci. No i z racji tego, że doskonale rozgrzewa i poprawia ukrwienie, uważany jest za wielce skuteczny afrodyzjak... 


Czyż trzeba coś więcej dodawać?
 Bierzcie i kandyzujcie, dodawajcie do wszelkich potraw, pijcie i zapiekajcie w ciasteczkach,
to tylko... na zdrowie,  i na pożarcie oczywiście…


Uściskuję późnoniedzielnie ;D


*

środa, 21 września 2011

Kruche ciasto ze śliwkami jako przepis na niemoc wszelaką


Tytułem  późnonocnego wstępu oznajmiam wszystkim sympatycznym ludkom, którzy bezskutecznie się do mnie dobijają tu i ówdzie, a do których jeszcze nie dotarła wieść, żem zinternetowana jest ino w porywach i na raty: że jestem, dycham i czuję się miarowo… Wciąż w zielonościach sielsko wiejskich, lecz już bez nurzania się w nich beztrosko z powodów czysto fizycznych, a które to powody można krótko i zwięźle zwać cholernym lumbagiem (a poszło ty precz!). Testy i inne różne takie badania czekają mnie dopiero pod koniec miesiąca, i nawet jeśli coś tam znowu będzie bardzo nietenteges to nie sądzę, bym się tym zbytnio przejęła. Czuję się znośnie i to jest mój własny barometr boreliozowy…  To tak gwoli wyjaśnienia, z pewnością znowu po powrocie będę miała problem z ogarnięciem skrzynki + gg i jeśli kogoś zapodzieję, zacichnę, to z góry najmocniej przepraszam.



I tak w ciągu ostatniego tygodnia upiekłam równiutko 7 jadalnych ciast i masę niejadalnych ciasteczek  dochodząc do wniosku, że idealny kruchy spód pod jabłka nie nadaje się do śliwek… owszem,  jest zjadliwy, ale szału nie ma:) 







Wypracowałam przepis, który jest najbliższy ideałowi, ale myślę, że dopiero z czasem nadam mu ostateczny szlif, mam nadzieję, że będzie to w miarę szybko, bo powoli Jaworze zaczyna być ubogie w odwiedzające nas duszyczki i przyjdzie mi samej delektować się wypiekami, co z pewnością nieuchronnie pójdzie mi w biodra. Pocieszająca jest myśl, że dla równowagi ugniatanie ciasta dobrze wpływa na wygląd górnych partii ciała, więc bilans wychodzi na zero, no- okrąglutkie zero ;D ale jakby ktosik miał ochotę na kruchego śliwkowca, to bardzo proszę:  



Ciasto robimy z:

  * żółtek – 2 sztuk
   *  mąki – 2 szklanek  
 *  cukru – pół szklanki
  *  zimnego masła – kostki 200 g  
* białek - 2 sztuk ubitych na sztywno
*  proszku do pieczenia – pół łyżeczki
 * trochę bułki tartej do wysypania formy   
*  kawałeczka tartego imbiru (niekoniecznie)
    * odrobiny cynamonu do posypania śliwek-pasuje jak ulał    
*  skórki otartej z połówki sparzonej cytryny  (niekoniecznie)
*  no i  przecież występujących w głównej roli śliwek węgierek





Kruszonkę z:

*  masła 80 gr.  
*   mąki ¾ szklanki
*  cukru 2/3 szklanki
*  cukru waniliowego 1 op.




Mąkę wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia. Dodać masło pokrojone w wiórki, skórkę, imbir oraz żółtka, zagnieść szybko ciasto. Zawinąć w folię i wstawić do lodówki na godzinę. Schłodzonym ciastem wylepić dno i boki niedużej formy posmarowanej masłem o obsypanej bułką tartą.   Można też troszkę podmrozić ciasto i zetrzeć na tarce o grubych oczkach, to nieco ułatwia „wyklejanie”. Piec ok. 12 - 15 minut w temp. 180°C. Połówki śliwek ułożyć na cieście (zostawić ze 3-4, do dekoracji) i oprószyć delikatnie cynamonem, jak ktoś lubi... ja lubię bardzo:)  Białka ubić na sztywną pianę, wyłożyć na śliwki. Masło roztopić. Mąkę wymieszać z cukrem zwykłym i waniliowym, zalać ciepłym masłem i rozetrzeć palcami na grudki.  Posypać nimi wierzch ciasta. Na górę wyłożyć kilka plasterków pokrojonych śliwek. Piec jeszcze 30 minut. 




SMACZNEGO!!!





*

czwartek, 11 sierpnia 2011

Bardzo proszę: obiecane na zsiadłym raz dwa

Kochani, na życzenie bardzo proszę: owe placuszki! 
Łączcie, mieszajcie, smażcie i delektujcie się nimi do woli :)

Zazwyczaj placuszki na zsiadłym robię z tartymi jabłkami i takie też są najsmaczniejsze. Niestety papierówka została już doszczętnie ogołocona z mizernych owoców, a te zostały zapakowane zgrzebnie do słoików z etykietką "zapasy na zimowe czasy". Cóż, nie ma jabłek, ale wynalazłam jeszcze resztki rabarbaru, więc to on zagra dziś drugie skrzypce, obok zsiadłego mleka oczywiście...



   

I tak szykujemy sobie składniki:
 
* mąka
* dwa jajka
* szczypta soli
  * jakiś olej do smażenia
* łyżeczka proszku do pieczenia
  * jedno opakowanie cukru waniliowego
* aromat - taki jak lubimy, choć niekoniecznie
 * trzy małe (dwa duże) jabłka lub trochę rabarbaru 
* zsiadłe mleko - taki jeden kubeczek to chyba 400 gr.
* dodatki różniaste, co kto lubi lub akuratnie posiada, czyli tak: 
   powidełka jakieś, dżemik, cukier puder, śmietana, jogurt, marmoladka itp.




Najpierwej możemy sobie obrać jabłka czy też alternatywny rabarbar 
(tę kwaśną zmorę kroimy, zasypujemy cukrem i odstawiamy żeby złagodniała)







Bierzemy zsiadłe ( jak nie ma my takowego może być jogurt naturalny, grecki albo kefir, ale zsiadłe jest najlepsiejsze) i wlewamy je do wysokiego naczynia (anu Wy miksować mechanicznie będziecie, a ja z braku sprzętu mieszać będę galopem przy użyciu widelca. Nie współczujcie mi - mam już wprawę i zgrabnie mi to idzie).

Do miski ze zsiadłym dodajemy: 
* jajka 
* szczyptę soli
* cukier waniliowy
* proszek do pieczenia
* dwie kropelki aromatu
* no i oczywiście mąkę ( byłabym zapomniała)

...i tu mam problem z napisaniem Wam ile tej mąki powinno być, najlepiej wsypać szklankę i w miarę miksowania dodawać. Ciasto ma być gęste jak śmietana i lać się jednym, zwartym, grubym ciurkiem, cokolwiek i jakkolwiek to brzmi :)






Jak już udało nam się zmiksować wszystko na piękne, aksamitne ciasto, to dorzucamy starte na grubych oczkach jabłuszka, lub pokrojony w kostkę rabarbar (ten razem z cukrem i sokiem który w międzyczasie puścił) i smażymy na mocno  rozgrzanym oleju ( nie trza go dużo, ino kapinkę), aż się lekko "przyczernią", o tak:




Serwujemy z dodatkami takimi, jakie tylko nam na myśl przyjdą. Mi smakują nawet golutkie... no, może przyprószone odrobinką cukru pudru, coby nie marzły zbytnio:)



Smacznego! 
 ps. no i zrobiłam się głodna:D




ps2. właśnie pokazano mi jak się robi kolaże ze zdjęć. Świetna zabawa i już wiem co będę robić tak długo, dopóki mi się nie znudzi (to raczej... niedługo).



wtorek, 14 czerwca 2011

Pokrzywa NIE zwyczajna

O nadprzyrodzonych właściwościach tegoż chwastu można by rzec słów niemało. Jej lecznicze przywary zajmują zaszczytne i honorowe miejsce w medycynie ludowej całego świata, a samu zielsku przypisywano magiczne właściwości odpędzania, "palenia" złych energii i chronienia domostw przed piorunami. Na dzień dzisiejszy na ten przykład używa się jej ( a właściwie to pozyskanego z niej chlorofilu) do leczenia choroby popromiennej, więc co by o niej złośliwego nie powiedzieć to jednak trzeba przyznać, że parząca cholera ma moc jak diabli ;)


źródło


Idąc dalej zielonym tropem, a i motywowana kolejnymi paczkami leków ( nie pocieszał mnie nawet fakt, że tym razem w postaci granulowanej i o znośnym smaku) zeszłego lata zaczęłam przyglądać się pokrzywie nieco przychylniejszym wzrokiem. Do tej pory jawiła mi się jako słomkowozielony, parujący napój parzony przez moja babcię. Ciemne liście pływały o ogromnym, grubym słoju niczym rozczłonkowany wrak okrętu. Przyglądałam się nim smętnie, wiedząc, że zaraz zostanę napojona owym wywarem i na nic moje protesty i knowacje celem uniknięcia onego. Wtedy, dla mnie z pokrzywą w roli głównej była też jeszcze baśń Andersena Dzikie łabędzie. Słuchałam jak zaklęta opowieści  o  biednej Elizie, która delikatnymi dłońmi zrywa wstrętne parzydła, depcze je by uzyskać włókna ( pokrzywowe są mocne, długie i lekkie) i caluśka obolała plecie koszuliny dla ukochanych braci. Doskonale pamiętam piękne ilustracje do tej baśni jak i to, że wielkim łukiem omijałam połacie wszędobylskiego ziela.

Wracając do tego co chciałam napisać, a co mi się nieco rozwlekło po literkach. No tak, dorwałam się do ledwo dychającego internetowego łącza i pogalopowałam hen za góry, za lasy:) Otóż... chciałam zachęcić Was do szukania pomocy w darach natury, do posmakowania siłodajnych,  choć niepozornych ziół. Do picia pysznych napojów parzonych z kilku liści mięty, melisy, skrawków imbiru, takich słodzonych miodem i zdobionych wirującym plastrem cytryny. Do szukania nowych smaków i spojrzenia z innej perspektywy na bohaterkę dzisiejszego wpisu, poczciwą, zasłużoną, magiczną i wszędobylską pokrzywę, której osobiście zawdzięczam wiele dobrego...
A jeśli nabralibyście ochoty na uraczenie siebie i bliskich pokrzywową brejką to zamieszczam fotoprzepisik. Jest delikatna i łagodna w smaku, spróbujcie sami!


BREJKA POKRZYWOWA SMACZNA I ZDROWA 

i tak najsampierw  udajemy się ku połaci pokrzywowej zrywać samiuśkie , młode wierzchołki,  uzbrojeni w rękawice lub co tam kto ma na tę okazję ( ja zrywam bez oręża, jako, że pozwala mi to zapomnieć na dni kilka o chorych stawach;)  














różniaste żyjątka i innych amatorów pokrzywy zostawiamy w spokoju, nie niepokoimy, nie strącamy, nie zrywamy, możemy się ino przyglądać cudakom ;)

gąsienica bielinka kapustnika


eee...plusknia jagodziak 


pokrzywę zostawiamy na 3 godzinki by przewiędła i straciła parzące właściwości, lub myjemy i przebieramy ją w rękawiczkach. Usuwamy wszystko co brzydkie i nieapetyczne, zostawiamy samiuśkie zdrowe, zieloniutkie listki. Po umyciu blanszujemy krótka chwilkę we wrzątku i odcedzamy, przestudzoną wodą z blanszowania podlewam naokienne roślinki, co im się podoba niezmiernie.



 



w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i trzemy odrobinę imbiru, szklimy na masełku i dodajemy posiekana pokrzywę, dusimy króciutko... 








nie zwracamy absolutnie żadnej uwagi na smutny ryjek imbiru, trzemy bezlitośnie;)

uduszoną pokrzywę imbirowo -czosnkową przekładamy do rondelka, zalewamy dwiema szklankami mleka i zagotowujemy, potem zagęszczamy mąką mieszaną z jogurtem greckim, oprószamy solą i pieprzem...






Serwujemy z grillowaną piersią kurczęcą lub roladkami schabowymi... z jajkiem gotowanym na twardo, z pierożkami mięsnymi i jak co komu do głowy wpadnie... My, z racji tego, że w Jaworzu je się zazwyczaj to, co akuratnie jest na stanie( a wszystko smakuje tu ponadprzeciętnie i niewyobrażalnie), pałaszujemy pokrzywową brejkę z tortellini różniastymi lub mięskiem jakowymś, najchętniej łapiemy talerze i  zmykamy na ganek okrasić wszystko słonecznymi promieniami...




ZATEM SMACZNEGO I NA ZDROWIE!!!