Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borelioza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borelioza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

Trzy tygodnie w SPA

Wyraziste, orientalne nuty delikatnie głaszczą skrzydełka nozdrzy łaskocząc nieco figlarnie. Chwytam je głębokim wdechem, czerpię całą pojemnością życiową umęczonych płuc. Zawiesiste woni cząsteczki kłębią się w nich skondensowaną, nieco ociężałą chmurą przez krótką chwilę, po czym skwapliwie wnikają nawet w te najdalsze, ciemne oskrzelików korony. Jeszcze jeden wdech i już leniwie przetaczają się żył szerokimi kanałami. Jeszcze chwila i już rozlewają się tym przyjemnym, paraliżującym oszołomieniem po całym ciele. Kojący dotyk momentalnie ugłaskuje ostre nerwów szpilki. Ciepło kochanej dłoni łagodnie wnika w skórę na piersi, kładąc się miękkim pledem na rozedrganym sercu. Pod powiekami świetlista tafla wody delikatnie marszczona wiatrem.  Głosy szmerem się stają w oddali. Już nic się we mnie nie kłębi...


źródło
Kochani, przepraszam, że tak długo przeciągnęło się rozstrzygnięcie mojej zabawy, tak jakoś łaziłam, jęczałam, stękałam i z tego wszystkiego wylądowałam na trzytygodniowym leczeniu w szpitalu. Nic poważnego, raczej standard w stylu raz na wozie, raz.. :) Nie żebym nie miała cyberłączności z Wami, raczej ochoty na cokolwiek prócz wyobrażania sobie rzeczywistości, oczywiście tej zgoła innej, niekoniecznie lepszej, innej... po prostu:)
No w kiepskim momencie teraz jestem, próbuję przeczekać...

Ale nie o tym, o koszyczku miało być. I tak moja Rzeczypospolita na Ludowo  zapragnęła polecieć do Trojandy (gratuluję z całego serducha! Proszę o kontakt, adres jest gdzieś u góry po prawej). Ślicznie dziękuję Wam za opowieści o zwierzakach, mężczyznach (nieco alegorycznie) i wsi spokojnej, cudnie się je czytało. Na pocieszenie dodam, że uplotłam górę bransoletek, które to z pewnością będę sobie rozdawała, tu i tam... tak więc do dalszych zabaw zapraszam niebawem :) Do pisania też wrócę, wiem... zawsze wracam :)))

***


niedziela, 3 marca 2013

Gdzie byłaś, że tak dobrze wyglądasz?


Wybaczcie...aż nie wiem od czego zacząć. To, co się teraz dzieje, przy udziale mojej zdezorientowanej osoby, nosi znamiona niezwykłego scenariusza powstałego w głowie obłąkanego gnoma, a ostatni tydzień z życia Sydonii wyglądał dokładnie tak:

fot. Nanoo G.

PONIEDZAŁEK

Wciąż boleśnie przeżywam rozstanie z Bezduszem. Dobrowolnie, bez jakiejkolwiek szarpaniny oddaliśmy dom.  Komornik klepał pocieszająco po ramieniu, a na odchodne powiedział, że nie mamy wobec siebie żadnych zobowiązań... Śpię na wyrywki. Wciąż miotam się pomiędzy paragrafami, a zmęczeniem materiału. W mojej głowie robi się zbyt ciasno na cokolwiek, a jednocześnie pusto i cicho, niczym po wybuchu bomby atomowej. Teren jest mocno napromieniowany, krew jak woda zatruta. Mecenas zapewnia, że nadal można walczyć, mimo, iż już oddaliśmy dom wojsku to jednak są szanse. Śmieję się, bo od lat mielę, rozdrabniam te szanse i powtarzam jak mantrę, od 12 lat. Teraz mam już wszystkiego dość. 

WTOREK

Czuje, że borelioza znów mi się porządnie w ciele rozgościła i wściekle podskubuje zmęczony organizm. Dostaję receptę na "nowe leki"  i wezwanie do zapłaty od komornika, około 13 000 kosztów postępowania egzekucyjnego. W ulotce leków napisano, że częstym działaniem niepożądanym jest uczucie pustki w głowie i zaburzenia wzwodu prącia. W świstku od komornika napisano, że to opłata za opróżnienie 10 izb i asystę żandarmerii, ponieważ dom znajduje się na terenie wojskowym. Natychmiast doznaję: całkowitego porażenia, uczucia pustki w głowie, gwałtownego wzwodu prącia, no i palącej potrzeby zanurkowania w najgłębszą otchłań oceanu, bez butli oczywiście. 

ŚRODA

Umiera jeden z moich podopiecznych, umiera bo tak chciał i dopiął swego. Hokus pokus, środa ni z stąd ni z zowąd wyciąga bezsensowną śmierć z kapelusza i łaskawie czeka na oklaski. Nie śpię nawet godzinki...

CZWARTEK

Nie mam siły by wstać z fotela i napić się wody. Klnę sama na siebie, zbieram obolałe członki do kupy, wiążę czerwoną nitką, zaciskam zęby i jadę do mecenasa. Jak zwykle okrutnie męczę się w busie i ślę modły do duszków przeciwwymiotnych z błagalną prośbą o opiekę i wsparcie. Jak zwykle mecenasa nie ma, choć się umówił (noooo... zapomniał w trakcie trwania sprawy napisać o zwolnienie z kosztów- nie byłoby palącego problemu w postaci 13 z trzema zerami), a kopertę dla niego asystentka skwapliwie chowa do teczki. Spotykam znajomego. -Gdzie byłaś, że tak dobrze wyglądasz?- pyta. Jak zwykle w nocy nie śpię.

PIĄTEK

Powtórka z czwartku, z tym wyjątkiem, że prawnik jest, się objawił i nawet raczył napisać trzy wnioski. Daje mi do weryfikacji, oczom nie mogę uwierzyć, tyle nieścisłości. Przez godzinę próbuję skleić to wszystko w rozsądną całość, asystentka przeprasza za błędy, a mecenas musi wyjść. Jest ostatni dzień na złożenie zażalenia na postanowienia komornika... Jak zwykle, słowa "ostatni dzień terminu" mam wydrapane nad łóżkiem, własnymi rękoma. Kolejna kartka, przede mną rośnie spory stosik, dziwię się, że wszystko sformułowane takim laickim językiem i właściwie o niczym.  Nie jestem w stanie napisać swojego imienia, utykam na literce "ka". "Ka" mnie pokonuje na dobrą chwilę, po niej "el" w nazwisku. Wytężam umysł do granic wytrzymałości, podpisanie papierów zajmuje mi dwie godziny. Jest już późny wieczór. Na odchodne proszę o wydrukowanie odpowiedzi od komornika, tej na mój wniosek o lokal tymczasowy, a która to odpowiedź wpłynęła do kancelarii już po wydaniu domu. Kręci mi się w głowie, bo przecież od wczoraj nic nie jadłam. Taki post pozwala mi przeżyć podróż do miasta autem bez większego wstydu. W busie czytam, że komornik odmawia dania nam lokalu tymczasowego, bo z oględzin domu wynika, że wcale nikt tam nie mieszkał, ba, a nawet nie wolno nikomu mieszkać (co innego orzekł sąd, ale komornik wie swoje). Pan komornik wnioskuje to z kilkucentymetrowej grubości warstwy śniegu, śladów zwierząt na podwórku oraz tego, że obok nieruchomości znajduje się lądowisko dla helikopterów (szok, nie wiedziałam, a mieszkam tam od dziecka). Nie wiem czy się z tego śmiać, czy załamywać  ręce. Zasypiam tuż po posadzeniu tyłka na tapczan.

SOBOTA

Wyspana dochodzę do wniosku, że jest mi już wszystko jedno, a będzie co ma być. Wciąż myślę paragrafami, ale jakby nieco bledną. Droczę się z ulubionymi dzieciakami, prowokując je do niezwykłych odpowiedzi na zwykłe pytania. Puszczam koło uszu ich niecne plany kradzieży pisanek, tych, które właśnie przed chwilą im pokazywałam. Łażę z zepsutym aparatem w dłoni, pozwalam głaskać się słońcu po twarzy i delikatnie nagabuję stado kotów zamieszkałe w starym aucie. Późno w nocy znajduję jedną z moich podopiecznych, w łazience, półprzytomna leży w kałuży, z głową wciśniętą w stertę brudnego prania. Dopiero co wczoraj mówiliśmy jej kuratorowi, że dziewczyna sprawuje się nienagannie, od dwóch miesięcy nie pije, czwórka dzieciaczków naprawdę zadbana. Nie śpię, jej dzieci też... 

NIEDZIELA

Jest przerażona, na marginesie ja również, ale nikt o tym nie wie.  Ponoć jeszcze machnęła coś rano dla dodania sobie odwagi... Wiem, że zaraz przyjdzie porozmawiać i będzie stała w milczeniu. Słowa niewypowiedziane zawisną w gęstniejącej ciszy.  "Tylko nie dom dziecka, błagam, Monia, proszę, przymusowe leczenie , zamknę się albo coś, błagam leczenie, tak ciężko mi nie pić, to ostatni raz, przecież dzieci..." Gdy tak stoi bezbronna, ze wzrokiem wbitym w podłogę,  ja znów długo patrzę na jej pociągłą twarz i na głęboką bliznę od noża, która jak smętne piętno dzieli czystą, kredowobiałą skórę policzka na dwoje... 



*** 
   

czwartek, 17 stycznia 2013

Skok w bok, czyli ruchy konika kanapowego

K O N I K   K A N A P O W Y!!!
Chwil kilka temu ze śmiechem rzucono w moją stronę powyższym epitetem i nie wiedzieć czemu coś mnie gwałtownie zakuło pod żeberkami. No jakże to tak? Konik, konik... KONIK POLNY owszem i jak najbardziej! Ba, pokuszę się nawet  o lekko ironiczną autocharakterystykę słowami bajkopisarza, Jeana de La Fontaine'a:
W tym momencie ten, kto wie co też porabiam wakacyjną porą przyklaśnie mi tu z uśmiechem, nieprawdaż?  A tego, kto wciąż nie miał przyjemności (wątpliwej zresztą) zanurzyć się głębiej w moją skomplikowaną, wielozwierzęcą naturę   zapewniam z ręką na sercu: onym konikiem polnym w całej swojej krasie jestem, z zamiłowaniem do chowania się w zieleni i cudaczną beztroską niedbania o swoje lepsze jutro. No nie poradzisz nic. 

fot. Katerina Plotnikova
W tym czterokopytnym, parskającym kontekście, i już obnażając się jeszcze bardziej dodam, że nawet z porównaniem do KONIKA SZACHOWEGO bym się zgodziła. Może bez entuzjazmu, ale jednak. Tak już mam, upatrzę coś sobie, ubzduram, zapragnę, więc dalejże skok czynić w stronę tego wymarzonego, co bladym zarysem na horyzoncie widnieje. Przecież cudeńko tak nieznośnie kusi podniecającym niezbadaniem i wabi obietnicą ekscytującego przeżycia.  A skok długi i zaplanowany. Wyuczony, idealny, jak to u zawodowca. Taki ze wszystkich sił i mocy całej, z modlitwą na ustach i zaciśniętymi powiekami. Dotykam ziemi i nawet nie daję sobie tej drobnej chwilki satysfakcji, słówka na pochwałę samej siebie, sekundki na oddech, gdy już wzbijam się po raz drugi. Cel świetlisty i wyraźny, choć jego kontury lekko falują od gorącego powietrza. Później, później odpocznę, schrupię taczkę marchewek w nagrodę i wytarzam się w mokrej ziemi... Teraz jestem tylko ja i mój cel. Ja i On...I znów ląduję zgrabnie, lekko, tak blisko. Podnoszę głowę i aż drżę z podniecenia, jestem na odległość włosa, mogę ten mój cel jaśniejący wręcz objąć swoim oddechem, przycisnąć do piersi, jeszcze tylko kroczek mały, jedno stąpnięcie... gdy nagle, gdzieś kątem oka dostrzegam obraz, jakże on piękny, jaki kuszący. Jaki fa-scy-nu-ją-cy. Co prawda bladym zarysem na horyzoncie widnieje, ale cudeńko tak kusi podniecającym niezbadaniem i wabi obietnicą ekscytującego przeżycia, że nie oprę się... Nie zawaham...
Dalej już wiecie. Tylko szalony skok mi ku temu kolejnemu pozostaje. Skok w bok właśnie, nie inaczej... i już nic więcej nie powiem, interpretujcie jak chcecie ;)   

A w ogóle gdyby powiedziano mi, żem KONIEM DZIKIM  i narowistym jest,  to dopiero byłby komplement. Z gatunku tych wspominanych przed snem, skwapliwie przyjętych, lekko rozdymających wewnętrznie i smakowitych jak świeże, drożdżowe bułeczki. Jejku, mustangiem nieokiełznanym Ci ja, w galopie, z grzywą czesaną wiatrem i nagą kobietą  o imieniu wolność na spienionym mym grzbiecie. Ale nie... Nie... Nudnym, rozmemłanym konikiem kanapowym dziś mnie podle ochrzczono, i choć mina mi zrzedła na myśl, że jest w tym określeniu pewne "ziarenko" prawdy, to jednak pocieszam się, że jak tylko zechcę, to w każdej chwili  mogę zeskoczyć z tej kanapy i radośnie przegalopować przez dzikie, niezmierzone prerie...
Wystarczy
tylko
zechcieć... 
No nie?

***

źródło

Nie miałam jeszcze okazji cosik napisać Wam Noworocznie na 2013, bardzo chciałam, ale mi się to chcenie wymieszało z potężnym laptopowstrętem i wyszło jak wyszło. Jest mi trochę przykro, bo wiem, że zaglądacie, jesteście. W ciszy skwapliwie pozbierałam wszelkie życzenia od Was, przy każdym szepcząc w duchu "niech się spełni" i z całego serducha dziękuję Wam za nie !!!
A ja uparcie eksploatują swoje zeszłoroczne życzenia:

Kochani, nie bójcie się sięgać po to, czego pragniecie
i niech ten Nowy biegnący będzie łaskawy, szczodry i ekscytujący!  

A co!!!
Uściskuję Was zbiorowo i każdego z osobna!

a te zmory rozczochrane,
co pozostawiły po sobie jeno puste adresy uściskuję wręcz dusząco i po wielokroć, a nuż się zlitują i nawrócą na te kręte, choć dobrze im znane ścieżki;) 
Mam bóle fantomowe po gwałtownej i niezrozumiałej mi stracie kilku blogoprzyjaciół, więc na pewno zrozumiecie to powyższe ich faworyzowanie ;D

*

niedziela, 29 lipca 2012

Na pożarcie, czyli co miał imbir do łabędzia ?

Jak już zapewne niektórzy z Was wiedzą, w Bezduszu, na moim ukochanym podwórku  nierzadko zdarzają się zjawiska nadprzyrodzone. A to zmieści się na nim więcej samochodów niż na parkingu pod Biedronką. A to z nieba niespodziewanie polecą jakoweś perseidy, i to wprost na zadarte ku niemu głowy (gwoli jasności dodam, że "stwórcami", a raczej "wytwórcami" owych perseidów, że się tak zawile wyrażę, były dwa gołębie zamieszkujące pobliską lipę)... A to znowu ktoś nagusieńki, tak jak go sam Pan Bóg stworzył, stanie na szczycie podjazdu i wzniosłym gestem pocznie pozdrawiać przejeżdżających drogą kierowców.  No cóż, Ci, co dostosują się do nieopodal domowego, okrągłego znaku i faktycznie ograniczą swoją prędkość do 30 km/h,  mają szansę poczuć się nietuzinkowo powitani i pozdrowieni ;DDD Albo też znienacka można być świadkiem niezwykłego tańca godowego łabędzia, a tym samym, po pewnym czasie, uczestniczyć w jego przyspieszonym przepoczwarzaniu się w ludzika Michelin, dodam, że ludzika, który wcześniej posłużył za drapaczkę całemu stadu rozentuzjazmowanych kociaków. No tak, mawiają przecież, że człowiek co dzień staje się światkiem jakiegoś cudu ;)


Gabriel von Max,
Małpa przed szkieletem (Affe vor Skelett)
Niewtajemniczonych odsyłam tutaj, wtajemniczonych natomiast uprasza się uniżenie: nie błagajcie mnie o dokumentowanie fotograficznie  owych zjawisk, gdyż, jak to z każdym zjawiskiem bywa, przychodzą one zgoła zupełnie niespodziewanie i wciągają w wir akcji równie sumiennie jak jakowaś trąba powietrzna, i wierzcie mi, nie sposób jest wtedy pstryknąć nawet malusieńkiej fotki :D   Z tańcem łabędzia było podobnie i gdyby nie psina Halina, która nagle wystartowała z kuchni jak z procy, nawet bym nie zorientowała się , że coś jest na rzeczy, bowiem siedząc w słuchawkach i kiwając główką w takt muzyki zajęta byłam obtaczaniem w cukrze wyjętych właśnie z syropu, gorących, lśniących płatków. To bardzo ważny moment w całym procesie kandyzowania imbiru i ani mi się waż odchodzić choć na chwilę, bo wsio szybko stygnie i z talarków nagle robi się miodowa kuloklejka. Ale skoro przyjaciel donośnym krzykiem obwieszcza alarm... cóż było innego uczynić jak pędzić z pomocą?
Zatem prezentuję Wam powstałe wówczas imbirowe „galaretki”, w posypce cukrowej obfitszej niż zazwyczaj, niemniej równie smaczne!, i od razu dzielę się przepisem, jako, że obiecałam to niektórym zaprzyjaźnionym imbirożercom. 


PRZEPIS NA SZCZYPIĄCE GALARETKI,
CZYLI CAŁE MORZE KANDYZOWANEGO IMBIRU


 I tak należy:
* Zakupić sporo imbiru (w przepisie 1,5 kg.), wybierając te kłącza, które wydają nam się zwyczajnie zachęcające i ładne, czyli młodziutkie, niepomarszczone, zdrowe, o gładkiej skórce i takie raczej niewielkie (niezbulwione), bo inaczej nasze „galaretki” będą łykowate i uparcie oporne w gryzieniu. Ja z rozmachu przywiozłam jakieś 1,5 kg, bo zwąchałam, że imbir w Lidlu jest jakimś cudem tani jak barszcz. 

*Do tego trza zaopatrzyć się w jakieś 2,4 kg. cukru, większą szczyptę soli i 3 litry wody. 


*Imbir cieniutko obieramy i kroimy na talarki, tak, ja wiem... z 4-5 mm grubości. W garnku zalewamy go wodą tak ino, by go przykryć i całość doprowadzamy do wrzenia, a jak zabulgocze zmniejszamy gaz i ok. 10 minut gotujemy tak, by  woda ino trochę plumkała. Przecedzamy i cały proces, czyli wygotowywanie palącego smaku powtarzamy trzy razy. Chyba, że ktoś lubi taki "wściekły", to wtedy trza wypróbować na własnej skórze, ile razy i jak bardzo chcemy by gryzł w język… Potem wlewamy do gara 3 litry wody, dosalamy, cukrzymy wsypując te 2,4 kilograma, wrzucamy przecedzone talarki i doprowadzamy do wrzenia... a jeszcze potem dłuuuugo gotujemy na baaaardzo wolnym ogniu. Mi to w takim garze (o grubym dnie) gotuje się ok. 6-7 godzin. Gotujemy sobuie, aż syrop zgęstnieje nieco, a gdy wylejemy go trochę na talerzyk i ostygnie to ma konsystencję płynnego miodu. Szkliste talarki wyciągamy partiami z gorącego syropu i obtaczając nieco w cukrze (bardziej lub mniej cukrzymy, jak kto woli) układamy na talerzach do ostygnięcia. Galaretki przechowujemy w szczelnie zamkniętych opakowaniach, w ciemnym miejscu, temp. pokojowa. Syropek radzę zawekować: latem, z lodem i cytryną pychotka, a zimą do herbatki, tak na wszelkie dolegliwości i niedomagania. 


Imbir odkryłam zupełnie niedawno, jak pochorowałam się na tę nieszczęsną boreliozę i nagle okazało się, że nie jestem w stanie jeździć samochodem bez mdłości. Sprawdziłam i ręczę, że pomaga! Na zapalenie stawów też, faszeruję się nim miast łykać te wstrętne leki przeciwzapalne, i muszę przyznać, że nie widzę różnicy;) Gdzie ja bym jakiś czas temu taką torbę uszyła, jak zwykłej szklanki z wodą obolałymi rękoma nie mogłam złapać? A tak na marginesie- znów porwała mnie rzeka wspomnień i jak ktoś ma ochotę popłynąć nią wraz ze mną zapraszam serdecznie na MooNatowego bloga, hi hi, tak mi się dzisiaj dobrze pisze, chyba dlatego, że wciąż drobny deszcz poetycko wtóruje memu stukaniu w klawiaturę… 


...a Norbert króluje w kuchni: zdążyłam podejrzeć, zachłysnąć się kolorami,  pstryknąć bez odrobiny światła i uciec, nim kucharz zagroził, że oberwę mokrą ścierą ;D



Ale wracając: oprócz tego wiadomo- imbir dobry na przeziębienia, PMS, migreny, koncentrację, zatrzymywanie młodości itp. itd, można poczytać w sieci. No i z racji tego, że doskonale rozgrzewa i poprawia ukrwienie, uważany jest za wielce skuteczny afrodyzjak... 


Czyż trzeba coś więcej dodawać?
 Bierzcie i kandyzujcie, dodawajcie do wszelkich potraw, pijcie i zapiekajcie w ciasteczkach,
to tylko... na zdrowie,  i na pożarcie oczywiście…


Uściskuję późnoniedzielnie ;D


*

środa, 11 kwietnia 2012

Plackiem na kamieniu

Święta święta po mojemu, czyli było (zapowiadane już wcześniej) fiołkobranie...









...i plackodumanie na kamieniu. Jak już gdzieś wspominałam, jestem w trakcie opracowywania planu przyciągnięcia owego "kamyczka" do ogródka, albo i nawet jeszcze dalej, bo do Jaworza. Kamień jest niezwykle przyjazny, nie gniecie, nie ziębi, nie przegania ino utula opiekuńczo i miło. Słowem, nic tylko go sobie przywłaszczyć, by móc się nim cieszyć kiedy tylko zmęczona dusza zapragnie :) 



Święta bez telefonu i internetu, obfitujące w dostatek jasnych, nicniemuszących, przyjemnych godzinek... nawet kotom lumpikom przyszło się cieszyć tym czasem i jego obfitościami, i drapnąć małe, rybie conieco :D





Nie zdążyłam złożyć świątecznych życzeń, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poświątecznie życzyć Wam:

 mnóstwa słońca, wiosny w sercach i spokoju w umysłach. 
Wszystkiego co radosne i mające moc uszczęśliwiania. 
Wesołych poświąt kochani :)))



Ps. uważajcie na kleszcze, mnie już zmory poczęły namiętnie napastować :)))



*

niedziela, 12 lutego 2012

Taś taś króliczku część trzecia i, co najgorsze, wcale nie ostatnia...


Stanęło na tym, że profesorowy narybek zapełniwszy salę zatrzasnął za sobą drzwi, a króliś i jego towarzysz znaleźli się w zupełnie pustej poczekalni. Cisza jaka zapadła po tymże gwałtownym wyludnieniu zaczęła ich nieco kąsać po uszach.
- Myślisz, że... - króliś nie zdążył zadać tego ciężkiego pytania, gdy w drzwiach stanęła odpowiedź na nie w postaci ślicznej, uśmiechniętej płoteczki - bodajże studentki IV roku, która to dźwięcznym głosem wykrzykiwała królisiowy przydomek.
- Ale ja do pana profesora!! - żachnął się króliś nie drgnąwszy nawet o milimetr ze swojego bezpiecznego,  kącikowego krzesełka.
-Tak, tak, wiem. Zapraszam - płoteczka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zachęciła przyjaznym gestem. Było w niej coś tak ciepłego, ze króliś zapomniał o całym bożym świecie i jak zahipnotyzowany posłusznie pokicał za nią.

Usadowiwszy królisia na fotelu płoteczka z jakąś niepojętą troską w głosie spytała w czym problem.
- Ale ja do pana profesora - króliś powtarzał jakby się zaciął.
- Tak wiem, wiem... to w czym problem? - i znów ciepły, spokojny głos.
- Ząbki mi się kruszą - pisnął żałośnie króliś.
- Jak to? - płoteczka zadziwiła się nieco.
- Zwyczajnie trach i już, tak po kolei 
- A bierze króliś jakieś leki?
- No bierze 
- Długo? 
- No długo, oj długo...
- A jak długo? 
I tu królisiowi rozwiązał się język, i mówił, mówił o jednym kleszczu podłym i jak to króliś myślał, że to mrówka była i go capnęła, aż się alergia zrobiła, ale to nie mrówka tylko rumień straszny boreliozowaty. Ale jak go oświeciło, to za późno i jakby wiedział wcześniej to by poszedł do lekarza i nie byłoby nic a nic. Ale tak nie było bo nie poszedł i się zagmatwało i później bardzo się męczył i wszyscy się martwili, bo króliś nie wiedział jak się przedmioty nazywają, taki był chorutki. A  jak już, już lepiej się z królisiową głową, pamięcią i wszystkim nieco zrobiło, po wielu, wielu lekach i długim czasie, to znowu kleszcz taki malusi, nimfa taka go napadła, i znowu zaraziła, i znów rumień, ale już króliś wiedział co i jak i szybko poszedł, tylko, że już nie lubi tych leków, bo w sumie to kilka już lat bierze, ale cóż począć? no musi...bo pomaga, tylko trzeba długo i duże dawki, i kroplówki takie żrące, że żyły wysiadają... i że mdli i, no właśnie, zęby odpadają sobie... i jeszcze...


Płoteczka słuchała tego królisiowego słowotoku z coraz większymi oczami, kiwając zatroskaną główką jak piesek z tylnej półki starego samochodu.
- No tak, tak, od leków jak nic, już widziałam takie przypadki - wyszeptała jakby do siebie, ale zaraz spojrzała na królisia i rzekła nieco radośniejszym głosem:
- To ja jednak może profesora poszukam, dobrze?- zakręciła się na pięcie i zniknęła.

Profesor pojawił się w asyście narybkowej świty i już po chwili wszyscy w ogromnym skupieniu wpatrywali się w królisiową gardziel słuchając słów płoteczki, która to zdawała szczegółową relację z królisiowych problemów zacząwszy ją od słów:
- Pacjentka bardzo młoda...- Oooo TAK!!!... TE słowa padłe z ust dziewczęcia natychmiastowo wprawiły królisia w dobry, a co za tym idzie przyjazny nastrój...



jedno z "zębatych" koszmarków
nietuzinkowego pana Ludovica Levasseur
ps. artysta tworzy swoje prace używając
odpadów rzeźnickich-osobiście nie polecam 
osobom wrażliwym na takowe "klimaty" :)



*CDN*

*