Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodzi baba do lekarza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodzi baba do lekarza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Jak radzić sobie ze stresem???, czyli seks pod artyleryjskim obstrzałem

Jak radzić sobie ze stresem? 
Podręcznikowo oczywiście, czyli należy uprawiać duuużo seksu! Wiecie, najlepiej żeby był absolutnie fantastyczny, niemonotematyczny, niehomogeniczny, arcyfantazyjny, och i ach i w ogóle, czyli, jak to się kolokwialnie mawia, powinien to być ten dobry seks. No... skoro jest on cudownym lekarstwem na różnej maści demony, to raczej nie należy stosować byle jakich, sztucznie pędzonych ziółek i warzyć ich w brudnym, dziurawym kociołku o dwunastej w południe. Niemniej niektórzy ręczą głową, że nawet taki alternatywnie zły seks, łóżkowo-podkołderny, nawet ten takisobie z opatrzoną gębą której każdy grymas zna się na pamięć, również i on ma odrobinę magicznej mocy przepędzania, a tym samym powinien dać naszemu stresowi solidnego, bardzo niegrzecznego klapsa w brutalnie obnażone cztery litery. (I tu żeby nie było- donoszę za potężnymi, internetowymi źródłami wiecznej mądrości, do których dotarłam będąc w ogromnej potrzebie zaznania odpowiedzi na powyższe tytułowe pytanie). Tak więc Ala ma kota, my mamy seks, a stres ma się niedobrze. Oj, oczyma wyobraźni już widzę jak teleportowany do krzywego wieżowca po drugiej stronie ulicy pochlipuje cichutko, wciśnięty w najwstrętniejszy z wstrętnych kątów tamtejszego śmierdzącego zsypu, gdy tymczasem Sydonia, w błogosławionym stanie dobroczynnego upojenia hormonalnego łagodnym sfrunięciem opuszcza cudne, podsufitowe krainy i miękko opada omdlała na chłodne, przytulne poduch łany... wolna, szczęśliwa i w pełni odstresowana. 

Wim Delvoye ;)
Oj taaaak, niegdyś, zupełnie niedawno toż to ja ochoczo poddawałabym się onej dobroczynnej antystresoterapii i mogłabym się tak liftingować mentalnie co rusz i cztery razy po dwa razy (jak to śpiewał pewien bard biesiadny). Czemu by nie? Przecież to same rozkoszne słodkości są, a nie jakieś tam gorzkie piguły! Tyle, że teraz jest jedno wielkie ALE stojące mi na przeszkodzie. Otóż tak się jakoś porobiło, że biednej Sydonii, tej styranej, sponiewieranej przez podły los istotce niepostrzeżenie libido poleciało w dół wprost proporcjonalnie do rosnącego poziomu stresu i cóż, na nic modły słane do dobrych duszków Kupidynków o to, żeby jej się tak bardzo zachciało jak bardzo się nie chce. ;)  Na nic muchy hiszpańskie, johimbina,  czy też całe garści rodzimego lubczyku sypane do potraw.
Hmmm... No i znów szukając odpowiedzi na proste pytanie zmuszona zostałam do stosu chorób, które sobie ostatnimi czasy dobrotliwie zdiagnozowałam (oczywiście przy nieodzownej pomocy dr. Googla) dorzucić kolejną, tym razem podłą Hipolibidemię, a zerkając z przestrachem na ilość stłoczonych, stresogennych sytuacji, które niestety dostrzegam majaczące na horyzoncie przyszłych dni, to coś mi się zdaje, że rokowania wcale, ale to wcale nie są pomyślne. Ech... ma ktoś zapałki pod ręką, bo w tej nieciekawej sytuacji pozostaje mi już tylko poironizować jeszcze chwilę (co niniejszym poczyniłam), wyrazić ostatnie życzenie (oj, chciałabym ci ja zaśpiewać przy akompaniamencie harfy)  i publicznie spłonąć, co też proste nie będzie zważywszy na tę moją oziębłość, ale co mi tam!... przecież zawsze mogę się chociaż postarać, czyż nie? ;)))


*** 

poniedziałek, 13 maja 2013

Trzy tygodnie w SPA

Wyraziste, orientalne nuty delikatnie głaszczą skrzydełka nozdrzy łaskocząc nieco figlarnie. Chwytam je głębokim wdechem, czerpię całą pojemnością życiową umęczonych płuc. Zawiesiste woni cząsteczki kłębią się w nich skondensowaną, nieco ociężałą chmurą przez krótką chwilę, po czym skwapliwie wnikają nawet w te najdalsze, ciemne oskrzelików korony. Jeszcze jeden wdech i już leniwie przetaczają się żył szerokimi kanałami. Jeszcze chwila i już rozlewają się tym przyjemnym, paraliżującym oszołomieniem po całym ciele. Kojący dotyk momentalnie ugłaskuje ostre nerwów szpilki. Ciepło kochanej dłoni łagodnie wnika w skórę na piersi, kładąc się miękkim pledem na rozedrganym sercu. Pod powiekami świetlista tafla wody delikatnie marszczona wiatrem.  Głosy szmerem się stają w oddali. Już nic się we mnie nie kłębi...


źródło
Kochani, przepraszam, że tak długo przeciągnęło się rozstrzygnięcie mojej zabawy, tak jakoś łaziłam, jęczałam, stękałam i z tego wszystkiego wylądowałam na trzytygodniowym leczeniu w szpitalu. Nic poważnego, raczej standard w stylu raz na wozie, raz.. :) Nie żebym nie miała cyberłączności z Wami, raczej ochoty na cokolwiek prócz wyobrażania sobie rzeczywistości, oczywiście tej zgoła innej, niekoniecznie lepszej, innej... po prostu:)
No w kiepskim momencie teraz jestem, próbuję przeczekać...

Ale nie o tym, o koszyczku miało być. I tak moja Rzeczypospolita na Ludowo  zapragnęła polecieć do Trojandy (gratuluję z całego serducha! Proszę o kontakt, adres jest gdzieś u góry po prawej). Ślicznie dziękuję Wam za opowieści o zwierzakach, mężczyznach (nieco alegorycznie) i wsi spokojnej, cudnie się je czytało. Na pocieszenie dodam, że uplotłam górę bransoletek, które to z pewnością będę sobie rozdawała, tu i tam... tak więc do dalszych zabaw zapraszam niebawem :) Do pisania też wrócę, wiem... zawsze wracam :)))

***


wtorek, 12 czerwca 2012

Uspokajające napary i dalej w akacjowym temacie

Ostatnio skończyłam na tym, że skubać poczęłam te nieszczęsne, akacjowe grona kwieciste. Niegdyś zajmowało mi to niezmiernie dużo czasu, więc wiedziona doświadczeniem poczyniłam spory zapas czarnej herbaty i równie czarnej muzyki. O dziwo rwanie migło smigło mi tak sprawnie, że zaczęłam podejrzewać o pomoc jakowąś gromadkę Ubożąt czy też Domowików, i to całkiem sporą, bo i w piecu ładnie drwa trzaskały, i kuchnia sama się ogarnęła, a i wiaderka świeżą wodą naszły zupełnie niepostrzeżenie. Nie wiedziałam do którego domowego zakamarka mam się uśmiechać w podziękowaniu, więc systematycznie szczerzyłam się dookoła, chyba dość skutecznie, bo i dziś wszystko samo się działo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki :)

Domowik zilustrowany przez Borisa Zabirokhina

Ale jak zwykle nie o tym chciałam, a przecież o tej akacji. Uściślając- właściwie ta akacja wcale akacją nie jest, tak się utarło, przezwyczaiło i niech tak tutaj sobie zostanie. Akacje to te roślinki, co to je na sawannie żyrafy i antylopy z liści systematycznie ograbiają, zgrabnie prześlizgując się jęzorem pomiędzy kolcami. Natomiast drzewo, z którego z takim zapałem rwałam kwiecie to robinia akacjowa, grochodrzew biały, bądź akacjowaty, jak kto woli. Piszę, gdyż ostatnio wywiązała się dość zabawna wymiana zdań, zaraz po tym, gdy palnęłam sobie (nieważne gdzie) coś o mleczyku, więc z góry i przezornie uściślam, choć i tak  akacją nadal zwać będę. O i już ! 

  
Akacja, a właściwie to tylko jej kwiaty, jest drzewem bardzo pożądanym w ziołolecznictwie, i warto docenić jej właściwości kojące i uspokajające.  Napar z kwiecia zalecany jest na ten przykład na kamicę, gdyż ma działanie przeciwskurczowe i żółciopędne. Działa przeciwgorączkowo, moczopędnie i jest z powodzeniem stosowany w stanach zapalnych nerek i dróg moczowych,a także pomocny przy uszkodzeniu nerek w wyniku zakażenia bakteryjnego czy też zatrucia toksynami. Pomaga zlikwidować obrzęki powstałe w wyniku niewydolności krążenia, no i oczywiście, co mnie najbardziej cieszy dlatego podkreślam- us-po-ka-ja... a wszystkich chętnych do uspokajania za drobną opłatą, już wysyłam do kierownika kolejki, ma piękne pismo i jest bardziej rozgarnięty ode mnie...
Podsumowując, miło jest spędzić odrobinę czasu czując pod plecami bruzdowatą, spękaną korę i oddychając słodką wonią... i zawsze kusi mnie, by zatrzymać te chwile na dłużej, w jakikolwiek sposób. Jeśli brak mi czasu, to tylko suszę kwiaty i zamykam w słojach, jeśli mam go odrobinę więcej, robię gęsty syrop i to własnie do niego należy uskubać samiusie białe płatki i pręciki z pyłkiem. Natomiast jeśli czasu mam w bród, co mi się jeszcze nie zdarzyło, można zrobić pyszną nalewkę akacjową, albo utrzeć płatki z miodem, lub cukrem i tym sposobem stać się absolutnym mistrzem nadziewanych wypieków, zwłaszcza pączków. Nadzienie to ma niewypowiedziany, miodowo-zielony, łagodny smak i jeśli w przyszłym roku będę dysponować czasem i akacją, to z pewnością się z Wami podzielę przepisem krok po kroku :)


A tymczasem foto- przepis na syrop akacjowy... 
Potrzebna cytryna,



kilo cukru, litr wody...
 i uskubane płatki- ile tylko się da :)


Oczyszczone kwiatki (wcześniej umyte i odrobaczkowane) wrzucamy do słoja, gotujemy syrop z wody i cukru, gdy przestygnie odrobinkę dodajemy sok z cytryny i wciąż gorącym zalewamy kwiatki, odstawiamy na dzień lub dwa w chłodne, ciemne miejsce...


potem przecedzamy, wyciskamy przez gazę do ostatniej kropelki, odparowujemy nieco i gorący wlewamy do wyparzonych słoiczków (jak ktoś chce, można zapasteryzować). Słoiczki otulamy kocykiem, niech stygną w spokoju i... gotowe :) Tym samym zasłużyliśmy na spróbowanie naszego słodkiego syropu w herbatce...


SMACZNEGO I NA ZDROWIE :)



*
Ps. tworem ubocznym są takie oto śliczne łupinki, no nie mam (jeszcze) pomysłu jak je wykorzystać :) 


Pozdrawiam Was ciepło i absolutnie akacjowo...

*

piątek, 1 czerwca 2012

Nie wesoło nie zabawnie

Bo jak tu się śmiać ze spuchnięta gębą
rechotać
gdy człek obolały
gdy marudzi się
i smęci
i nogami powłóczy
szurając jak szczur stuletni
albo żebraczyna na etacie?

Jak tu się źdźbłami cieszyć
chmurki gonić po niebie
gdy wzrok mocno zmącony
zmęczony
i zrozpaczony
gdy strach odstąpić kibelek
tak choćby na ćwierćkroczku?

Jak się w całości oddawać
lenistwu ukochanemu
bo gdy tylko się legnie
to zaraz głowa pełna
zmartwień
zmor i smętów
aż biadolić człek zaczyna
i tak w koło Macieju
 i uparcie od nowa

no jak?
się zapytuję
mocno retorycznie :)




Wybaczcie mi, że zmusiłam Was do czytania powyższego. Wstąpiłam właśnie z namaszczeniem w czwarty etap rozpaczy, potocznie głupawą zwany, bo znów przyplątały mi się przeboje z zębami. Wszyscy chcieli dobrze (wszyscy: znaczy się każdy, kto postanowił mi pomóc i wziąć się za te moje zniszczone lekami uzębienie), a wyszło jak zawsze. Wskutek czego mam poważne deformacje twarzy po lewej stronie w postaci cudnie okazałego obrzęku, po prawej nie lepiej, bo studentka cośtam przepchnęła przez wierzchołek zęba i samo miało przejść, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdyby się nie spaprało i właśnie po przeciwnej stronie również robi się rozkosznie balonowato. Pocieszające jest to, że będę spuchnięta równomiernie, na chomiczycę. No cóż, cierpiętnicą ci ja dyplomowaną. W poszukiwaniu domowych sposobów u doktora Googla (a konkretnie stąd), dowiedziałam się, że by sobie ulżyć powinnam:
* gryźć goździki i najlepiej wpychać je do dziury
...dziury ani tym bardziej goździków nie posiadam- odpada
* wypłukać wnętrze "kieliszeczkiem czystej, dobrze schłodzonej wódeczki", a najlepiej pić i płukać, na zmianę
...no cóż, biere antybiotyki i nie po drodze im z wódeczką, choćby nawet nie wiem jak mocno schłodzoną  (za to po drodze im z sensacjami żołądkowymi górnymi i dolnymi oraz mocno oswojonymi już drożdżakami, o przewrotny, okrutny losie) -tak czy siak odpada
* miejscowo zastosować wacik z jodyną
...jodyny, kocanek ani nawet płynu Lugola brak, apteki zresztą też- trudno, odpada
* włożyć czosnek, bądź wacik nasączony wódką do przeciwległego ucha
...eee, bolą zęby po obu stronach, zaaplikowanie tej metody skutkowałoby utratą słuchu, a co za tym idzie całkowitą dezorientacją, bo jak wiadomo wzrok u mnie nietęgi, i choć czosnek lubię, to jednakże smakowanie go małżowinami strasznie mnie odstręcza- bleee, odpada
* nacierać bolące miejsce aspiryną
...o nie! bolące miejsce nie daje się dotknąć, a co dopiero natrzeć- niemasochistycznie odpada
* mocno rozmasować ząb szczoteczką do zębów
... ale z dwojga złego to już wolę natrzeć wszystkie zęby aspiryną, chociaż nie mam pojęcia jak się do tego zmusić, ale wymyśliłam, że zacznę od palców u stóp i sukcesywnie będę się posuwać wyżej, może nim się spostrzegę... :)))

STASYS EIDRIGEVICIUS "Ostatni ząb"


Taaak, no przecież jakbym wiedziała, jak się zmuszać do pewnych rzeczy to z pewnością miałabym już swój pierwszy, zarobiony milion dawno za sobą. Ot co!

*

niedziela, 12 lutego 2012

Taś taś króliczku część trzecia i, co najgorsze, wcale nie ostatnia...


Stanęło na tym, że profesorowy narybek zapełniwszy salę zatrzasnął za sobą drzwi, a króliś i jego towarzysz znaleźli się w zupełnie pustej poczekalni. Cisza jaka zapadła po tymże gwałtownym wyludnieniu zaczęła ich nieco kąsać po uszach.
- Myślisz, że... - króliś nie zdążył zadać tego ciężkiego pytania, gdy w drzwiach stanęła odpowiedź na nie w postaci ślicznej, uśmiechniętej płoteczki - bodajże studentki IV roku, która to dźwięcznym głosem wykrzykiwała królisiowy przydomek.
- Ale ja do pana profesora!! - żachnął się króliś nie drgnąwszy nawet o milimetr ze swojego bezpiecznego,  kącikowego krzesełka.
-Tak, tak, wiem. Zapraszam - płoteczka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zachęciła przyjaznym gestem. Było w niej coś tak ciepłego, ze króliś zapomniał o całym bożym świecie i jak zahipnotyzowany posłusznie pokicał za nią.

Usadowiwszy królisia na fotelu płoteczka z jakąś niepojętą troską w głosie spytała w czym problem.
- Ale ja do pana profesora - króliś powtarzał jakby się zaciął.
- Tak wiem, wiem... to w czym problem? - i znów ciepły, spokojny głos.
- Ząbki mi się kruszą - pisnął żałośnie króliś.
- Jak to? - płoteczka zadziwiła się nieco.
- Zwyczajnie trach i już, tak po kolei 
- A bierze króliś jakieś leki?
- No bierze 
- Długo? 
- No długo, oj długo...
- A jak długo? 
I tu królisiowi rozwiązał się język, i mówił, mówił o jednym kleszczu podłym i jak to króliś myślał, że to mrówka była i go capnęła, aż się alergia zrobiła, ale to nie mrówka tylko rumień straszny boreliozowaty. Ale jak go oświeciło, to za późno i jakby wiedział wcześniej to by poszedł do lekarza i nie byłoby nic a nic. Ale tak nie było bo nie poszedł i się zagmatwało i później bardzo się męczył i wszyscy się martwili, bo króliś nie wiedział jak się przedmioty nazywają, taki był chorutki. A  jak już, już lepiej się z królisiową głową, pamięcią i wszystkim nieco zrobiło, po wielu, wielu lekach i długim czasie, to znowu kleszcz taki malusi, nimfa taka go napadła, i znowu zaraziła, i znów rumień, ale już króliś wiedział co i jak i szybko poszedł, tylko, że już nie lubi tych leków, bo w sumie to kilka już lat bierze, ale cóż począć? no musi...bo pomaga, tylko trzeba długo i duże dawki, i kroplówki takie żrące, że żyły wysiadają... i że mdli i, no właśnie, zęby odpadają sobie... i jeszcze...


Płoteczka słuchała tego królisiowego słowotoku z coraz większymi oczami, kiwając zatroskaną główką jak piesek z tylnej półki starego samochodu.
- No tak, tak, od leków jak nic, już widziałam takie przypadki - wyszeptała jakby do siebie, ale zaraz spojrzała na królisia i rzekła nieco radośniejszym głosem:
- To ja jednak może profesora poszukam, dobrze?- zakręciła się na pięcie i zniknęła.

Profesor pojawił się w asyście narybkowej świty i już po chwili wszyscy w ogromnym skupieniu wpatrywali się w królisiową gardziel słuchając słów płoteczki, która to zdawała szczegółową relację z królisiowych problemów zacząwszy ją od słów:
- Pacjentka bardzo młoda...- Oooo TAK!!!... TE słowa padłe z ust dziewczęcia natychmiastowo wprawiły królisia w dobry, a co za tym idzie przyjazny nastrój...



jedno z "zębatych" koszmarków
nietuzinkowego pana Ludovica Levasseur
ps. artysta tworzy swoje prace używając
odpadów rzeźnickich-osobiście nie polecam 
osobom wrażliwym na takowe "klimaty" :)



*CDN*

*

niedziela, 15 stycznia 2012

Taś taś króliczku cęść druga, czyli stojąc u bram piekieł.

Mały, biały króliczek ochłonął nieco i może już dalej snuć swoją wstrząsającą opowieść. Pamiętaj proszę, drogi czytelniku, że w tej historii zbieżność zwierzątek i zdarzeń jest zupełnie przypadkowa, a małe, białe króliczki często postrzegają pewne rzeczy jako dużo, dużo większe, niż są w rzeczywistości...

Słowo się rzekło i króliś w nieco podniosłym nastroju, bo podekscytowany myślą, że ktoś mu może pomoże i poskłada jego rozsypane uzębienie, a przede wszystkim przystopuje ten przerażający, szczękowy rozpad, udał się do szpitala, w którym to zwykł urzędować dobroduszny profesor wyrażający wolę przyjrzenia się króliczemu problemowi. Dziarskimi, jak na skromne możliwości obolałych stawów, kicnięciami mały biały pokonał trzy piętra schodów i znalazł się przed olbrzymimi, dwuskrzydłowymi drzwiami ozdobionymi kartką z gryzącym napisem: "szatnia w piwnicy obowiązkowa, zakaz wnoszenia odzieży na salę!!!". No cóż, pokicał w dół, by za chwile wspiąć się znowu, tym razem tracąc już nieco na dziarskości. Spodziewał się ujrzeć zatłoczoną poczekalnię wypełnioną gęstniejącymi, pacjentowymi rozterkami i owszem, poczekalnia była zatłoczona, niemniej po dobrze wróżącej atmosferze nie było nawet malutkiego, rozwianego śladu. Zapłaciwszy za konsultację przycupnął sobie króliczek na jedynym, wolnym, kącikowym krzesełku i począł wielkimi oczyma przyglądać się chmarze młodocianych, białych fartuchów zbitych w pokaźną, rozjazgotaną kulę. Fartuchy owe różniły się tylko sposobem upięcia identyfikatora i rodzajami przewieszonej przez ramię torby. Króliś szybko pogrupował młodocianych na trzy podstawowe podzbiory:
* Artystycznych roztrzepańców (identyfikator gdzie bądź- wpięty w kołnierzyk, rękaw, dół fartuszka, plus wyćmokana torba z otwartym widokiem na ponadgryzane zawartości i inne takie tam wymiętolone skarby). 
* Składnych dokładnych (identyfikator równo uczepiony na piersi w doborowym towarzystwie wystających z kieszonki długopisów, torba dopięta, niewypchana)
* i ulubionych mieszańców (czyli wszystko poukładane, aczkolwiek z kilkoma nieszkodliwymi odchyleniami).
Wywnioskował również, co też udało się poprzeć fragmentem wyłowionego z jazgotu  zdania, że to profesorowy narybek spłynął tu z odległych, uczelnianych czeluści by akuratnie dziś ćwiczyć się w kanałach, mostach i innych takich wygibasach. Cóż, nie uśmiechało się królisiowi eksponowanie własnej szczęki tak licznemu gronu, ale z drugiej strony, jeśli  poczyni to w słusznej, bo szlachetnie edukacyjnej sprawie to chyba korona mu z główki nie spadnie. Nie miał czasu głębiej wgryźć się mentalnie w temat, bowiem nagle, jako ta tama żelazna rozwarły się wielkie drzwi, a wezbrany narybek z impetem począł wlewać się do olbrzymiej, rozświetlonej sali. 




*CDN*
(no nie mam czasu siąść i opowiedzieć za jednym zamachem)
wybaczcie :D

 *

ps. wczoraj zostałam przyłapana na pierwszych próbach "fotosyntezowania" (pomysł Michałowy ), celem całkowitego odstawienia jedzenia i picia. Niestety z mizernym skutkiem, bo po powrocie do domu to dopiero byłam po stokroć głodna :))) 
mówicie, że zima;D ???


*

sobota, 14 stycznia 2012

Taś taś króliczku część pierwsza czyli prolog

Mały biały króliczek któregoś dnia (a było to niezbyt dawno, można by rzec, że jakieś cztery księżyce temu) upewnił się, że chrupanie marchewki bardzo mu szkodzi. 
 -Oj- pisnął żałośnie króliczek usłyszawszy znajomy trzask kolejnego złamanego ząbka....
-Oooj- pisnął znów jeszcze cieniej, gdy uświadomił sobie, że albo zawlecze się wreszcie do jakiegoś mądrorękiego stomatologa , albo przyjdzie mu się zwyczajnie paść z głodu. Co prawda miał tu i ówdzie pod futerkiem zmagazynowane pewne zapasy, ale na ile takowe wystarczą? Zimę jedną może i to o ile lekką będzie. Chcąc nie chcąc wybrał opcję pierwszą "prożyciową".

Nie, króliczek nie unikał bliższych kontaktów z bzyczącymi wiertełkami, ba, nawet lubił nurzać się w tej gęstej chmurze przedgabinetowych strachów wiedząc, że miarą dentysty jest zawrotna ilość pacjentów przypadająca na metr kwadratowy poczekalni. Czyli im gęstsza atmosfera, tym bezpieczniej i bezboleśniej.  Może to nieco pokrętne i splątane teorie, ale małe, białe króliczki mają niewiele miejsca w główce i niektóre myśli nie są w stanie rozwinąć swych pięknych skrzydeł w takowej ciasnocie. Dentysta, który do tej pory dbał o królicze siekacze, trzonowe i przedtrzonowe wraz z każdym kolejnym zębozłamkiem-ułamkiem tracił nieco w oczach królisia, który to w końcu, posłuchawszy podszeptów współmieszkańców Wszechpola, postanowił zamienić  go na lepszy model.
I tak oto wybrawszy najbardziej obleganego i utytułowanego specjalistę od "kruchych" spraw, mały biały w asyście przyjaciela (przyjaciel ów miał w zwyczaju powarkiwać na nawopoznanych, co wprowadzało nieco równowagi w różne świerzorelacje, rozcieńczając nieco ufne i naiwne podejście królisia), ale wracając...

I tak oto mały, biały króliczek znalazł się u bram samego piekła...

*CDN*
jak króliś nieco ochłonie :))) 
tymczasem bywajcie,  wierni powiernicy Sydoniowych zmartwień :D



kostium z kolekcji Nekromatik, Kasia Konieczka
(do której z pewnością będę jeszcze wracała) fot. Katarzyna Widmańska

  *

wtorek, 14 czerwca 2011

Pokrzywa NIE zwyczajna

O nadprzyrodzonych właściwościach tegoż chwastu można by rzec słów niemało. Jej lecznicze przywary zajmują zaszczytne i honorowe miejsce w medycynie ludowej całego świata, a samu zielsku przypisywano magiczne właściwości odpędzania, "palenia" złych energii i chronienia domostw przed piorunami. Na dzień dzisiejszy na ten przykład używa się jej ( a właściwie to pozyskanego z niej chlorofilu) do leczenia choroby popromiennej, więc co by o niej złośliwego nie powiedzieć to jednak trzeba przyznać, że parząca cholera ma moc jak diabli ;)


źródło


Idąc dalej zielonym tropem, a i motywowana kolejnymi paczkami leków ( nie pocieszał mnie nawet fakt, że tym razem w postaci granulowanej i o znośnym smaku) zeszłego lata zaczęłam przyglądać się pokrzywie nieco przychylniejszym wzrokiem. Do tej pory jawiła mi się jako słomkowozielony, parujący napój parzony przez moja babcię. Ciemne liście pływały o ogromnym, grubym słoju niczym rozczłonkowany wrak okrętu. Przyglądałam się nim smętnie, wiedząc, że zaraz zostanę napojona owym wywarem i na nic moje protesty i knowacje celem uniknięcia onego. Wtedy, dla mnie z pokrzywą w roli głównej była też jeszcze baśń Andersena Dzikie łabędzie. Słuchałam jak zaklęta opowieści  o  biednej Elizie, która delikatnymi dłońmi zrywa wstrętne parzydła, depcze je by uzyskać włókna ( pokrzywowe są mocne, długie i lekkie) i caluśka obolała plecie koszuliny dla ukochanych braci. Doskonale pamiętam piękne ilustracje do tej baśni jak i to, że wielkim łukiem omijałam połacie wszędobylskiego ziela.

Wracając do tego co chciałam napisać, a co mi się nieco rozwlekło po literkach. No tak, dorwałam się do ledwo dychającego internetowego łącza i pogalopowałam hen za góry, za lasy:) Otóż... chciałam zachęcić Was do szukania pomocy w darach natury, do posmakowania siłodajnych,  choć niepozornych ziół. Do picia pysznych napojów parzonych z kilku liści mięty, melisy, skrawków imbiru, takich słodzonych miodem i zdobionych wirującym plastrem cytryny. Do szukania nowych smaków i spojrzenia z innej perspektywy na bohaterkę dzisiejszego wpisu, poczciwą, zasłużoną, magiczną i wszędobylską pokrzywę, której osobiście zawdzięczam wiele dobrego...
A jeśli nabralibyście ochoty na uraczenie siebie i bliskich pokrzywową brejką to zamieszczam fotoprzepisik. Jest delikatna i łagodna w smaku, spróbujcie sami!


BREJKA POKRZYWOWA SMACZNA I ZDROWA 

i tak najsampierw  udajemy się ku połaci pokrzywowej zrywać samiuśkie , młode wierzchołki,  uzbrojeni w rękawice lub co tam kto ma na tę okazję ( ja zrywam bez oręża, jako, że pozwala mi to zapomnieć na dni kilka o chorych stawach;)  














różniaste żyjątka i innych amatorów pokrzywy zostawiamy w spokoju, nie niepokoimy, nie strącamy, nie zrywamy, możemy się ino przyglądać cudakom ;)

gąsienica bielinka kapustnika


eee...plusknia jagodziak 


pokrzywę zostawiamy na 3 godzinki by przewiędła i straciła parzące właściwości, lub myjemy i przebieramy ją w rękawiczkach. Usuwamy wszystko co brzydkie i nieapetyczne, zostawiamy samiuśkie zdrowe, zieloniutkie listki. Po umyciu blanszujemy krótka chwilkę we wrzątku i odcedzamy, przestudzoną wodą z blanszowania podlewam naokienne roślinki, co im się podoba niezmiernie.



 



w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i trzemy odrobinę imbiru, szklimy na masełku i dodajemy posiekana pokrzywę, dusimy króciutko... 








nie zwracamy absolutnie żadnej uwagi na smutny ryjek imbiru, trzemy bezlitośnie;)

uduszoną pokrzywę imbirowo -czosnkową przekładamy do rondelka, zalewamy dwiema szklankami mleka i zagotowujemy, potem zagęszczamy mąką mieszaną z jogurtem greckim, oprószamy solą i pieprzem...






Serwujemy z grillowaną piersią kurczęcą lub roladkami schabowymi... z jajkiem gotowanym na twardo, z pierożkami mięsnymi i jak co komu do głowy wpadnie... My, z racji tego, że w Jaworzu je się zazwyczaj to, co akuratnie jest na stanie( a wszystko smakuje tu ponadprzeciętnie i niewyobrażalnie), pałaszujemy pokrzywową brejkę z tortellini różniastymi lub mięskiem jakowymś, najchętniej łapiemy talerze i  zmykamy na ganek okrasić wszystko słonecznymi promieniami...




ZATEM SMACZNEGO I NA ZDROWIE!!!