Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taś taś króliczku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taś taś króliczku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

Taś taś króliczku część trzecia i, co najgorsze, wcale nie ostatnia...


Stanęło na tym, że profesorowy narybek zapełniwszy salę zatrzasnął za sobą drzwi, a króliś i jego towarzysz znaleźli się w zupełnie pustej poczekalni. Cisza jaka zapadła po tymże gwałtownym wyludnieniu zaczęła ich nieco kąsać po uszach.
- Myślisz, że... - króliś nie zdążył zadać tego ciężkiego pytania, gdy w drzwiach stanęła odpowiedź na nie w postaci ślicznej, uśmiechniętej płoteczki - bodajże studentki IV roku, która to dźwięcznym głosem wykrzykiwała królisiowy przydomek.
- Ale ja do pana profesora!! - żachnął się króliś nie drgnąwszy nawet o milimetr ze swojego bezpiecznego,  kącikowego krzesełka.
-Tak, tak, wiem. Zapraszam - płoteczka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zachęciła przyjaznym gestem. Było w niej coś tak ciepłego, ze króliś zapomniał o całym bożym świecie i jak zahipnotyzowany posłusznie pokicał za nią.

Usadowiwszy królisia na fotelu płoteczka z jakąś niepojętą troską w głosie spytała w czym problem.
- Ale ja do pana profesora - króliś powtarzał jakby się zaciął.
- Tak wiem, wiem... to w czym problem? - i znów ciepły, spokojny głos.
- Ząbki mi się kruszą - pisnął żałośnie króliś.
- Jak to? - płoteczka zadziwiła się nieco.
- Zwyczajnie trach i już, tak po kolei 
- A bierze króliś jakieś leki?
- No bierze 
- Długo? 
- No długo, oj długo...
- A jak długo? 
I tu królisiowi rozwiązał się język, i mówił, mówił o jednym kleszczu podłym i jak to króliś myślał, że to mrówka była i go capnęła, aż się alergia zrobiła, ale to nie mrówka tylko rumień straszny boreliozowaty. Ale jak go oświeciło, to za późno i jakby wiedział wcześniej to by poszedł do lekarza i nie byłoby nic a nic. Ale tak nie było bo nie poszedł i się zagmatwało i później bardzo się męczył i wszyscy się martwili, bo króliś nie wiedział jak się przedmioty nazywają, taki był chorutki. A  jak już, już lepiej się z królisiową głową, pamięcią i wszystkim nieco zrobiło, po wielu, wielu lekach i długim czasie, to znowu kleszcz taki malusi, nimfa taka go napadła, i znowu zaraziła, i znów rumień, ale już króliś wiedział co i jak i szybko poszedł, tylko, że już nie lubi tych leków, bo w sumie to kilka już lat bierze, ale cóż począć? no musi...bo pomaga, tylko trzeba długo i duże dawki, i kroplówki takie żrące, że żyły wysiadają... i że mdli i, no właśnie, zęby odpadają sobie... i jeszcze...


Płoteczka słuchała tego królisiowego słowotoku z coraz większymi oczami, kiwając zatroskaną główką jak piesek z tylnej półki starego samochodu.
- No tak, tak, od leków jak nic, już widziałam takie przypadki - wyszeptała jakby do siebie, ale zaraz spojrzała na królisia i rzekła nieco radośniejszym głosem:
- To ja jednak może profesora poszukam, dobrze?- zakręciła się na pięcie i zniknęła.

Profesor pojawił się w asyście narybkowej świty i już po chwili wszyscy w ogromnym skupieniu wpatrywali się w królisiową gardziel słuchając słów płoteczki, która to zdawała szczegółową relację z królisiowych problemów zacząwszy ją od słów:
- Pacjentka bardzo młoda...- Oooo TAK!!!... TE słowa padłe z ust dziewczęcia natychmiastowo wprawiły królisia w dobry, a co za tym idzie przyjazny nastrój...



jedno z "zębatych" koszmarków
nietuzinkowego pana Ludovica Levasseur
ps. artysta tworzy swoje prace używając
odpadów rzeźnickich-osobiście nie polecam 
osobom wrażliwym na takowe "klimaty" :)



*CDN*

*

niedziela, 15 stycznia 2012

Taś taś króliczku cęść druga, czyli stojąc u bram piekieł.

Mały, biały króliczek ochłonął nieco i może już dalej snuć swoją wstrząsającą opowieść. Pamiętaj proszę, drogi czytelniku, że w tej historii zbieżność zwierzątek i zdarzeń jest zupełnie przypadkowa, a małe, białe króliczki często postrzegają pewne rzeczy jako dużo, dużo większe, niż są w rzeczywistości...

Słowo się rzekło i króliś w nieco podniosłym nastroju, bo podekscytowany myślą, że ktoś mu może pomoże i poskłada jego rozsypane uzębienie, a przede wszystkim przystopuje ten przerażający, szczękowy rozpad, udał się do szpitala, w którym to zwykł urzędować dobroduszny profesor wyrażający wolę przyjrzenia się króliczemu problemowi. Dziarskimi, jak na skromne możliwości obolałych stawów, kicnięciami mały biały pokonał trzy piętra schodów i znalazł się przed olbrzymimi, dwuskrzydłowymi drzwiami ozdobionymi kartką z gryzącym napisem: "szatnia w piwnicy obowiązkowa, zakaz wnoszenia odzieży na salę!!!". No cóż, pokicał w dół, by za chwile wspiąć się znowu, tym razem tracąc już nieco na dziarskości. Spodziewał się ujrzeć zatłoczoną poczekalnię wypełnioną gęstniejącymi, pacjentowymi rozterkami i owszem, poczekalnia była zatłoczona, niemniej po dobrze wróżącej atmosferze nie było nawet malutkiego, rozwianego śladu. Zapłaciwszy za konsultację przycupnął sobie króliczek na jedynym, wolnym, kącikowym krzesełku i począł wielkimi oczyma przyglądać się chmarze młodocianych, białych fartuchów zbitych w pokaźną, rozjazgotaną kulę. Fartuchy owe różniły się tylko sposobem upięcia identyfikatora i rodzajami przewieszonej przez ramię torby. Króliś szybko pogrupował młodocianych na trzy podstawowe podzbiory:
* Artystycznych roztrzepańców (identyfikator gdzie bądź- wpięty w kołnierzyk, rękaw, dół fartuszka, plus wyćmokana torba z otwartym widokiem na ponadgryzane zawartości i inne takie tam wymiętolone skarby). 
* Składnych dokładnych (identyfikator równo uczepiony na piersi w doborowym towarzystwie wystających z kieszonki długopisów, torba dopięta, niewypchana)
* i ulubionych mieszańców (czyli wszystko poukładane, aczkolwiek z kilkoma nieszkodliwymi odchyleniami).
Wywnioskował również, co też udało się poprzeć fragmentem wyłowionego z jazgotu  zdania, że to profesorowy narybek spłynął tu z odległych, uczelnianych czeluści by akuratnie dziś ćwiczyć się w kanałach, mostach i innych takich wygibasach. Cóż, nie uśmiechało się królisiowi eksponowanie własnej szczęki tak licznemu gronu, ale z drugiej strony, jeśli  poczyni to w słusznej, bo szlachetnie edukacyjnej sprawie to chyba korona mu z główki nie spadnie. Nie miał czasu głębiej wgryźć się mentalnie w temat, bowiem nagle, jako ta tama żelazna rozwarły się wielkie drzwi, a wezbrany narybek z impetem począł wlewać się do olbrzymiej, rozświetlonej sali. 




*CDN*
(no nie mam czasu siąść i opowiedzieć za jednym zamachem)
wybaczcie :D

 *

ps. wczoraj zostałam przyłapana na pierwszych próbach "fotosyntezowania" (pomysł Michałowy ), celem całkowitego odstawienia jedzenia i picia. Niestety z mizernym skutkiem, bo po powrocie do domu to dopiero byłam po stokroć głodna :))) 
mówicie, że zima;D ???


*

sobota, 14 stycznia 2012

Przedsmak

Mały biały ślicznie dziękuje za wszelkie przejawy troski i współczucia. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo lubi "być pożałowany". Otula się wtedy szczelnie tym jedwabnym, przeciwbólowym płaszczykiem tkanym z empatii i spokojnie zapada w kojący, szmaragdowy sen. 

Tymczasem zostawia Was z "przedsmakiem" i gromkim zapewnieniem, że to jednak życie pisze najlepsze scenariusze :D





*

i muzyczne pocieszenie (notabene FANTASTYCZNE!) płynące prosto z Norbertowego serca, nie wiem czy dziękować wylewnie, czy się solennie zacietrzewić :D






*

Taś taś króliczku część pierwsza czyli prolog

Mały biały króliczek któregoś dnia (a było to niezbyt dawno, można by rzec, że jakieś cztery księżyce temu) upewnił się, że chrupanie marchewki bardzo mu szkodzi. 
 -Oj- pisnął żałośnie króliczek usłyszawszy znajomy trzask kolejnego złamanego ząbka....
-Oooj- pisnął znów jeszcze cieniej, gdy uświadomił sobie, że albo zawlecze się wreszcie do jakiegoś mądrorękiego stomatologa , albo przyjdzie mu się zwyczajnie paść z głodu. Co prawda miał tu i ówdzie pod futerkiem zmagazynowane pewne zapasy, ale na ile takowe wystarczą? Zimę jedną może i to o ile lekką będzie. Chcąc nie chcąc wybrał opcję pierwszą "prożyciową".

Nie, króliczek nie unikał bliższych kontaktów z bzyczącymi wiertełkami, ba, nawet lubił nurzać się w tej gęstej chmurze przedgabinetowych strachów wiedząc, że miarą dentysty jest zawrotna ilość pacjentów przypadająca na metr kwadratowy poczekalni. Czyli im gęstsza atmosfera, tym bezpieczniej i bezboleśniej.  Może to nieco pokrętne i splątane teorie, ale małe, białe króliczki mają niewiele miejsca w główce i niektóre myśli nie są w stanie rozwinąć swych pięknych skrzydeł w takowej ciasnocie. Dentysta, który do tej pory dbał o królicze siekacze, trzonowe i przedtrzonowe wraz z każdym kolejnym zębozłamkiem-ułamkiem tracił nieco w oczach królisia, który to w końcu, posłuchawszy podszeptów współmieszkańców Wszechpola, postanowił zamienić  go na lepszy model.
I tak oto wybrawszy najbardziej obleganego i utytułowanego specjalistę od "kruchych" spraw, mały biały w asyście przyjaciela (przyjaciel ów miał w zwyczaju powarkiwać na nawopoznanych, co wprowadzało nieco równowagi w różne świerzorelacje, rozcieńczając nieco ufne i naiwne podejście królisia), ale wracając...

I tak oto mały, biały króliczek znalazł się u bram samego piekła...

*CDN*
jak króliś nieco ochłonie :))) 
tymczasem bywajcie,  wierni powiernicy Sydoniowych zmartwień :D



kostium z kolekcji Nekromatik, Kasia Konieczka
(do której z pewnością będę jeszcze wracała) fot. Katarzyna Widmańska

  *