Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach się bać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach się bać. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2013

Gdzie byłaś, że tak dobrze wyglądasz?


Wybaczcie...aż nie wiem od czego zacząć. To, co się teraz dzieje, przy udziale mojej zdezorientowanej osoby, nosi znamiona niezwykłego scenariusza powstałego w głowie obłąkanego gnoma, a ostatni tydzień z życia Sydonii wyglądał dokładnie tak:

fot. Nanoo G.

PONIEDZAŁEK

Wciąż boleśnie przeżywam rozstanie z Bezduszem. Dobrowolnie, bez jakiejkolwiek szarpaniny oddaliśmy dom.  Komornik klepał pocieszająco po ramieniu, a na odchodne powiedział, że nie mamy wobec siebie żadnych zobowiązań... Śpię na wyrywki. Wciąż miotam się pomiędzy paragrafami, a zmęczeniem materiału. W mojej głowie robi się zbyt ciasno na cokolwiek, a jednocześnie pusto i cicho, niczym po wybuchu bomby atomowej. Teren jest mocno napromieniowany, krew jak woda zatruta. Mecenas zapewnia, że nadal można walczyć, mimo, iż już oddaliśmy dom wojsku to jednak są szanse. Śmieję się, bo od lat mielę, rozdrabniam te szanse i powtarzam jak mantrę, od 12 lat. Teraz mam już wszystkiego dość. 

WTOREK

Czuje, że borelioza znów mi się porządnie w ciele rozgościła i wściekle podskubuje zmęczony organizm. Dostaję receptę na "nowe leki"  i wezwanie do zapłaty od komornika, około 13 000 kosztów postępowania egzekucyjnego. W ulotce leków napisano, że częstym działaniem niepożądanym jest uczucie pustki w głowie i zaburzenia wzwodu prącia. W świstku od komornika napisano, że to opłata za opróżnienie 10 izb i asystę żandarmerii, ponieważ dom znajduje się na terenie wojskowym. Natychmiast doznaję: całkowitego porażenia, uczucia pustki w głowie, gwałtownego wzwodu prącia, no i palącej potrzeby zanurkowania w najgłębszą otchłań oceanu, bez butli oczywiście. 

ŚRODA

Umiera jeden z moich podopiecznych, umiera bo tak chciał i dopiął swego. Hokus pokus, środa ni z stąd ni z zowąd wyciąga bezsensowną śmierć z kapelusza i łaskawie czeka na oklaski. Nie śpię nawet godzinki...

CZWARTEK

Nie mam siły by wstać z fotela i napić się wody. Klnę sama na siebie, zbieram obolałe członki do kupy, wiążę czerwoną nitką, zaciskam zęby i jadę do mecenasa. Jak zwykle okrutnie męczę się w busie i ślę modły do duszków przeciwwymiotnych z błagalną prośbą o opiekę i wsparcie. Jak zwykle mecenasa nie ma, choć się umówił (noooo... zapomniał w trakcie trwania sprawy napisać o zwolnienie z kosztów- nie byłoby palącego problemu w postaci 13 z trzema zerami), a kopertę dla niego asystentka skwapliwie chowa do teczki. Spotykam znajomego. -Gdzie byłaś, że tak dobrze wyglądasz?- pyta. Jak zwykle w nocy nie śpię.

PIĄTEK

Powtórka z czwartku, z tym wyjątkiem, że prawnik jest, się objawił i nawet raczył napisać trzy wnioski. Daje mi do weryfikacji, oczom nie mogę uwierzyć, tyle nieścisłości. Przez godzinę próbuję skleić to wszystko w rozsądną całość, asystentka przeprasza za błędy, a mecenas musi wyjść. Jest ostatni dzień na złożenie zażalenia na postanowienia komornika... Jak zwykle, słowa "ostatni dzień terminu" mam wydrapane nad łóżkiem, własnymi rękoma. Kolejna kartka, przede mną rośnie spory stosik, dziwię się, że wszystko sformułowane takim laickim językiem i właściwie o niczym.  Nie jestem w stanie napisać swojego imienia, utykam na literce "ka". "Ka" mnie pokonuje na dobrą chwilę, po niej "el" w nazwisku. Wytężam umysł do granic wytrzymałości, podpisanie papierów zajmuje mi dwie godziny. Jest już późny wieczór. Na odchodne proszę o wydrukowanie odpowiedzi od komornika, tej na mój wniosek o lokal tymczasowy, a która to odpowiedź wpłynęła do kancelarii już po wydaniu domu. Kręci mi się w głowie, bo przecież od wczoraj nic nie jadłam. Taki post pozwala mi przeżyć podróż do miasta autem bez większego wstydu. W busie czytam, że komornik odmawia dania nam lokalu tymczasowego, bo z oględzin domu wynika, że wcale nikt tam nie mieszkał, ba, a nawet nie wolno nikomu mieszkać (co innego orzekł sąd, ale komornik wie swoje). Pan komornik wnioskuje to z kilkucentymetrowej grubości warstwy śniegu, śladów zwierząt na podwórku oraz tego, że obok nieruchomości znajduje się lądowisko dla helikopterów (szok, nie wiedziałam, a mieszkam tam od dziecka). Nie wiem czy się z tego śmiać, czy załamywać  ręce. Zasypiam tuż po posadzeniu tyłka na tapczan.

SOBOTA

Wyspana dochodzę do wniosku, że jest mi już wszystko jedno, a będzie co ma być. Wciąż myślę paragrafami, ale jakby nieco bledną. Droczę się z ulubionymi dzieciakami, prowokując je do niezwykłych odpowiedzi na zwykłe pytania. Puszczam koło uszu ich niecne plany kradzieży pisanek, tych, które właśnie przed chwilą im pokazywałam. Łażę z zepsutym aparatem w dłoni, pozwalam głaskać się słońcu po twarzy i delikatnie nagabuję stado kotów zamieszkałe w starym aucie. Późno w nocy znajduję jedną z moich podopiecznych, w łazience, półprzytomna leży w kałuży, z głową wciśniętą w stertę brudnego prania. Dopiero co wczoraj mówiliśmy jej kuratorowi, że dziewczyna sprawuje się nienagannie, od dwóch miesięcy nie pije, czwórka dzieciaczków naprawdę zadbana. Nie śpię, jej dzieci też... 

NIEDZIELA

Jest przerażona, na marginesie ja również, ale nikt o tym nie wie.  Ponoć jeszcze machnęła coś rano dla dodania sobie odwagi... Wiem, że zaraz przyjdzie porozmawiać i będzie stała w milczeniu. Słowa niewypowiedziane zawisną w gęstniejącej ciszy.  "Tylko nie dom dziecka, błagam, Monia, proszę, przymusowe leczenie , zamknę się albo coś, błagam leczenie, tak ciężko mi nie pić, to ostatni raz, przecież dzieci..." Gdy tak stoi bezbronna, ze wzrokiem wbitym w podłogę,  ja znów długo patrzę na jej pociągłą twarz i na głęboką bliznę od noża, która jak smętne piętno dzieli czystą, kredowobiałą skórę policzka na dwoje... 



*** 
   

wtorek, 24 stycznia 2012

NIE dla ACTA czyli manifest osobisty (póki mogę)

W niedalekiej przyszłości:
-Mamusiu, a zaśpiewasz mi kołysankę?
-Nie mogę kochanie, jeszcze ktoś usłyszy...



O ACTA powiedziane zostały już stosy słów, tylko podpalić i zostanie garstka popiołu. Zadziwiające jest to, że pod przykrywką walki z piractwem, "ktoś" próbuje ugodzić w nasze konstytucyjne prawa i wolność, czyniąc to w taki podstępny sposób. Prawa te mogą być jedynie ograniczane tylko w stanie wyższej konieczności (np. dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego). Środki przewidziane w ACTA są nieadekwatne do celów- czyli będziemy inwigilowani celem sprawdzenia (oficjalnie), czy aby nie upubliczniliśmy zdjęcia naszego pieska, z logiem Biedronki gdzieś w tle. NIE popieram piractwa, ale to nie o złodziejstwo tak naprawdę chodzi, tylko o broń, jaką zamierza się wytoczyć do tej rzekomej z nim "walki". Ale to nie wszystko: nie będzie można ulepszać rzeczy już powstałych, więc jak ktoś wymyśli samoosuszającą się parasolkę, popełni przestępstwo, bo przecież "nie wymyślił" parasolki. O tańszych odpowiednikach leków można zapomnieć (nielegalne), a zahamowanie rozwoju? Logicznym jest, że każda nowa wiedza wypływa z mieszaniny wcześniejszych. Zresztą, co bym nie powiedziała, zmierzam ku jednemu: bardzo mi się to wszystko nie podoba i jestem mocno zaniepokojona, bo stawiany jest interes komercyjny ponad moją wolność słowa i mój swobodny dostęp do informacji. Strach się bać...




ufff..... teraz czas się czymś zająć, bo jak pomyślę, że będę zmuszona zaliczyć wirtualnego zgona, to mi się tak jakoś straszno robi :)




 


*

niedziela, 15 stycznia 2012

Taś taś króliczku cęść druga, czyli stojąc u bram piekieł.

Mały, biały króliczek ochłonął nieco i może już dalej snuć swoją wstrząsającą opowieść. Pamiętaj proszę, drogi czytelniku, że w tej historii zbieżność zwierzątek i zdarzeń jest zupełnie przypadkowa, a małe, białe króliczki często postrzegają pewne rzeczy jako dużo, dużo większe, niż są w rzeczywistości...

Słowo się rzekło i króliś w nieco podniosłym nastroju, bo podekscytowany myślą, że ktoś mu może pomoże i poskłada jego rozsypane uzębienie, a przede wszystkim przystopuje ten przerażający, szczękowy rozpad, udał się do szpitala, w którym to zwykł urzędować dobroduszny profesor wyrażający wolę przyjrzenia się króliczemu problemowi. Dziarskimi, jak na skromne możliwości obolałych stawów, kicnięciami mały biały pokonał trzy piętra schodów i znalazł się przed olbrzymimi, dwuskrzydłowymi drzwiami ozdobionymi kartką z gryzącym napisem: "szatnia w piwnicy obowiązkowa, zakaz wnoszenia odzieży na salę!!!". No cóż, pokicał w dół, by za chwile wspiąć się znowu, tym razem tracąc już nieco na dziarskości. Spodziewał się ujrzeć zatłoczoną poczekalnię wypełnioną gęstniejącymi, pacjentowymi rozterkami i owszem, poczekalnia była zatłoczona, niemniej po dobrze wróżącej atmosferze nie było nawet malutkiego, rozwianego śladu. Zapłaciwszy za konsultację przycupnął sobie króliczek na jedynym, wolnym, kącikowym krzesełku i począł wielkimi oczyma przyglądać się chmarze młodocianych, białych fartuchów zbitych w pokaźną, rozjazgotaną kulę. Fartuchy owe różniły się tylko sposobem upięcia identyfikatora i rodzajami przewieszonej przez ramię torby. Króliś szybko pogrupował młodocianych na trzy podstawowe podzbiory:
* Artystycznych roztrzepańców (identyfikator gdzie bądź- wpięty w kołnierzyk, rękaw, dół fartuszka, plus wyćmokana torba z otwartym widokiem na ponadgryzane zawartości i inne takie tam wymiętolone skarby). 
* Składnych dokładnych (identyfikator równo uczepiony na piersi w doborowym towarzystwie wystających z kieszonki długopisów, torba dopięta, niewypchana)
* i ulubionych mieszańców (czyli wszystko poukładane, aczkolwiek z kilkoma nieszkodliwymi odchyleniami).
Wywnioskował również, co też udało się poprzeć fragmentem wyłowionego z jazgotu  zdania, że to profesorowy narybek spłynął tu z odległych, uczelnianych czeluści by akuratnie dziś ćwiczyć się w kanałach, mostach i innych takich wygibasach. Cóż, nie uśmiechało się królisiowi eksponowanie własnej szczęki tak licznemu gronu, ale z drugiej strony, jeśli  poczyni to w słusznej, bo szlachetnie edukacyjnej sprawie to chyba korona mu z główki nie spadnie. Nie miał czasu głębiej wgryźć się mentalnie w temat, bowiem nagle, jako ta tama żelazna rozwarły się wielkie drzwi, a wezbrany narybek z impetem począł wlewać się do olbrzymiej, rozświetlonej sali. 




*CDN*
(no nie mam czasu siąść i opowiedzieć za jednym zamachem)
wybaczcie :D

 *

ps. wczoraj zostałam przyłapana na pierwszych próbach "fotosyntezowania" (pomysł Michałowy ), celem całkowitego odstawienia jedzenia i picia. Niestety z mizernym skutkiem, bo po powrocie do domu to dopiero byłam po stokroć głodna :))) 
mówicie, że zima;D ???


*