wtorek, 12 czerwca 2012

Uspokajające napary i dalej w akacjowym temacie

Ostatnio skończyłam na tym, że skubać poczęłam te nieszczęsne, akacjowe grona kwieciste. Niegdyś zajmowało mi to niezmiernie dużo czasu, więc wiedziona doświadczeniem poczyniłam spory zapas czarnej herbaty i równie czarnej muzyki. O dziwo rwanie migło smigło mi tak sprawnie, że zaczęłam podejrzewać o pomoc jakowąś gromadkę Ubożąt czy też Domowików, i to całkiem sporą, bo i w piecu ładnie drwa trzaskały, i kuchnia sama się ogarnęła, a i wiaderka świeżą wodą naszły zupełnie niepostrzeżenie. Nie wiedziałam do którego domowego zakamarka mam się uśmiechać w podziękowaniu, więc systematycznie szczerzyłam się dookoła, chyba dość skutecznie, bo i dziś wszystko samo się działo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki :)

Domowik zilustrowany przez Borisa Zabirokhina

Ale jak zwykle nie o tym chciałam, a przecież o tej akacji. Uściślając- właściwie ta akacja wcale akacją nie jest, tak się utarło, przezwyczaiło i niech tak tutaj sobie zostanie. Akacje to te roślinki, co to je na sawannie żyrafy i antylopy z liści systematycznie ograbiają, zgrabnie prześlizgując się jęzorem pomiędzy kolcami. Natomiast drzewo, z którego z takim zapałem rwałam kwiecie to robinia akacjowa, grochodrzew biały, bądź akacjowaty, jak kto woli. Piszę, gdyż ostatnio wywiązała się dość zabawna wymiana zdań, zaraz po tym, gdy palnęłam sobie (nieważne gdzie) coś o mleczyku, więc z góry i przezornie uściślam, choć i tak  akacją nadal zwać będę. O i już ! 

  
Akacja, a właściwie to tylko jej kwiaty, jest drzewem bardzo pożądanym w ziołolecznictwie, i warto docenić jej właściwości kojące i uspokajające.  Napar z kwiecia zalecany jest na ten przykład na kamicę, gdyż ma działanie przeciwskurczowe i żółciopędne. Działa przeciwgorączkowo, moczopędnie i jest z powodzeniem stosowany w stanach zapalnych nerek i dróg moczowych,a także pomocny przy uszkodzeniu nerek w wyniku zakażenia bakteryjnego czy też zatrucia toksynami. Pomaga zlikwidować obrzęki powstałe w wyniku niewydolności krążenia, no i oczywiście, co mnie najbardziej cieszy dlatego podkreślam- us-po-ka-ja... a wszystkich chętnych do uspokajania za drobną opłatą, już wysyłam do kierownika kolejki, ma piękne pismo i jest bardziej rozgarnięty ode mnie...
Podsumowując, miło jest spędzić odrobinę czasu czując pod plecami bruzdowatą, spękaną korę i oddychając słodką wonią... i zawsze kusi mnie, by zatrzymać te chwile na dłużej, w jakikolwiek sposób. Jeśli brak mi czasu, to tylko suszę kwiaty i zamykam w słojach, jeśli mam go odrobinę więcej, robię gęsty syrop i to własnie do niego należy uskubać samiusie białe płatki i pręciki z pyłkiem. Natomiast jeśli czasu mam w bród, co mi się jeszcze nie zdarzyło, można zrobić pyszną nalewkę akacjową, albo utrzeć płatki z miodem, lub cukrem i tym sposobem stać się absolutnym mistrzem nadziewanych wypieków, zwłaszcza pączków. Nadzienie to ma niewypowiedziany, miodowo-zielony, łagodny smak i jeśli w przyszłym roku będę dysponować czasem i akacją, to z pewnością się z Wami podzielę przepisem krok po kroku :)


A tymczasem foto- przepis na syrop akacjowy... 
Potrzebna cytryna,



kilo cukru, litr wody...
 i uskubane płatki- ile tylko się da :)


Oczyszczone kwiatki (wcześniej umyte i odrobaczkowane) wrzucamy do słoja, gotujemy syrop z wody i cukru, gdy przestygnie odrobinkę dodajemy sok z cytryny i wciąż gorącym zalewamy kwiatki, odstawiamy na dzień lub dwa w chłodne, ciemne miejsce...


potem przecedzamy, wyciskamy przez gazę do ostatniej kropelki, odparowujemy nieco i gorący wlewamy do wyparzonych słoiczków (jak ktoś chce, można zapasteryzować). Słoiczki otulamy kocykiem, niech stygną w spokoju i... gotowe :) Tym samym zasłużyliśmy na spróbowanie naszego słodkiego syropu w herbatce...


SMACZNEGO I NA ZDROWIE :)



*
Ps. tworem ubocznym są takie oto śliczne łupinki, no nie mam (jeszcze) pomysłu jak je wykorzystać :) 


Pozdrawiam Was ciepło i absolutnie akacjowo...

*

niedziela, 10 czerwca 2012

Robinia akacjowa przekwita, czyli Sydonia skacze po drzewie


Calusi dzień przesiewałam przez palce bialutkie grona robinii akacjowej. Zaczęło się od kolejnej próby wybadania, czy aby kwiaty lip się już pootwierały. Nie, nie pootwierały się, ale za to naocznie uświadomiłam sobie, że moje starowinki robiniowe właśnie przekwitają definitywnie i nieodwracalnie... Oj pachną wieczorami cudnomiodnie, wabią dzikie pszczoły i inne bzykadła z calutkiej okolicy. A teraz najwyższa pora zamknąć odrobinę tegoż cudnego aromatu w malutkich buteleczkach, większych słojach i gdzie się tylko da. Wiadomo kwiaty zdrowe, przeciwkaszlowe i w ogóle. Można suszyć, ucierać, wyciskać, syrop wyciągać, nalewki robić, zapiekać, do ciasta sypać... No nic tylko rwać!


W jednej ręce krzesełko, w drugiej koszyki gigany, na szyi sznurek z aparatem i dalejże z zapałem szarpać, zbierać i układać... Tak więc rano rwałam wsłuchując się z zachwytem w bzyczące owadami drzewa, odpoczywając wśród łanów pokrzywy i co rusz strząsając z włosów białe płatki i  jakieś podejrzane, szare, sekate patyczki, które niespodziewane robiły się niezwykle ruchliwe. Potem przeganiałam czarne robaczki rozkładając kwiaty na prześcieradle, takim, co to wściekle białe i w słońcu boleśnie kuło po oczach. Potem mycie i suszenie- studzienna woda lodowata i można sobie pomagać krzykiem wysokim, niskim, krótkim czy ojjojowatym, jak kto chce. Potem najładniejsze kwiatki na patelnię, na olej rozgrzany, wpierwej łapane za ogonki i w cieście maczane, a jakby kto chciał spróbować, to przepis poniżej. 


A jeszcze potem, gdy już na talerzykach zostają zgrabne ułożone stosiki akacjowych ogonków, a pomruki zadowolenia uczepione kuchennej firanki dyndają sobie jak złote, szklane bombki na roziskrzonej choince, wtedy to właśnie można przystąpić do skubania kwiatków... a o tymże skubaniu, po co, na co i dlaczego to opowiem Wam... potem oczywiście :)




Przepis na "kwiaty akacji" (robinii akacjowej)
 maczane i smażone w chrupiącym cieście 


Na ciasto zgrabnie wybełtać: 
*2 jaja, 
*pół szklanki mleka tłustego 
*ćwierć wody, 
*szczypta soli i łyżka cukru, 
*szklanka mąki i trochę, tak z łyżkę tej ziemiaczanej. 
Trzymając za ogonki dokładnie nurzać w cieście całe grona kwiatowe, wcześniej umyte i wysuszone, zrobić kwiatkom karuzelę wokół własnej osi by nadmiar ciasta wytrząchnąć i  ziiuuu na patelnię, na talerze i wprost do gardeł- na gorąco. 
Smacznego :) 


 


*

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Koko Euro Spoko i Entliczek Pętliczek


Tytuł posta doskonale ilustruje mój stosunek do nadchodzącego szaleństwa :)

Czyli jeśli ktoś strzeli gola, to po uprzednim upewnieniu się, zerkając na współoglądających, czy to aby radosna jest wieść, zakrzyknę słowami piosenki: "Brawo ten Pan!!!" :D
Niemniej pozdrawiam wszystkich euroopętanych i to właśnie im dedykuję oba utwory, życząc jednak tegoż szampana :D





"Czy szampana, czy nerwosan
 Pić będziemy - okaże się."

*

Ps. linki wklejam po omacku, nawet nie wiem, czy faktycznie jest tam akuratnie to co chciałam. Jakby były tam jakoweś porażające treści, proszę, dajcie mi natychmiast znać  :)

*

sobota, 2 czerwca 2012

Makatka nad łóżkiem

Chciałam jeszcze coś Wam "powiedzieć" w nawiązaniu do dzieci, ale po przejściach dnia wczorajszego padłam obolałymi polikami w poduchy i (jak to mawia Norbert) niepostrzeżenie znalazłam się offline. Ponoć takie zachowania bywają niebezpieczne- pewna znajoma, której również dane było tak odlecieć ze zmęczenia (chwilę po tym, jak okazało się, że jednak może odetchnąć i przestać gwałtownie siwieć) obudziła się nad ranem i pożarła całe opakowanie Ptasiego Mleczka Wedla o smaku waniliowym, razem z plastikową przekładką oddzielającą warstwy. Podpuszczana dopowiada, że papierowego pudełka nawet nie skubnęła, że należy na to mleczko uważać,  i że już do końca życia będzie zamykać przed snem szafki na klucz, a klucz wędrować będzie do teściowej w depozyt ;)

O dzieciach napiszę jakośkiedyś, a tymczasem pozostawiam Was z gromadką rumianych, różnorodnych twarzyczek. Troszeczkę dlatego, że znowu znikam i nie wiem jak z blogowaniem będzie, a bardzo chcę o tych moich zgryzach stomatologicznych szybko zapomnieć... No i troszeczkę dlatego, że w Bezduszu znalazłam za szafą kolejną pocztówkę z wizerunkiem dziecka namalowanego przez Panią Danutę Muszyńską-Zamorską. Pocztówki te były niegdyś bardzo popularne (właśnie, właśnie- wraz z tymi dźwiękowymi) i bardzo dobrze pamiętam te wszystkie wielkookie twarzyczki, zerkające na mnie ze słomianej makatki wiszącej nad łóżkiem. Wtedy przyszło mi zarówno kończyć, jak i zaczynać dzień od niezwykłego wymieniania się spojrzeniami , a teraz cudnie było, przy pomocy pocztówki, przenieść się na chwilę do tamtych czasów...


obie autorstwa Pani Muszyńskiej -Zamorskiej

William Bouguereau

Heinrich Hirt

Charles Joshua Chaplin

Danuta Franczak

Xu Fang

Albert Edelfelt

Karina Kiel

Magda Burdzyńska


*

piątek, 1 czerwca 2012

Nie wesoło nie zabawnie

Bo jak tu się śmiać ze spuchnięta gębą
rechotać
gdy człek obolały
gdy marudzi się
i smęci
i nogami powłóczy
szurając jak szczur stuletni
albo żebraczyna na etacie?

Jak tu się źdźbłami cieszyć
chmurki gonić po niebie
gdy wzrok mocno zmącony
zmęczony
i zrozpaczony
gdy strach odstąpić kibelek
tak choćby na ćwierćkroczku?

Jak się w całości oddawać
lenistwu ukochanemu
bo gdy tylko się legnie
to zaraz głowa pełna
zmartwień
zmor i smętów
aż biadolić człek zaczyna
i tak w koło Macieju
 i uparcie od nowa

no jak?
się zapytuję
mocno retorycznie :)




Wybaczcie mi, że zmusiłam Was do czytania powyższego. Wstąpiłam właśnie z namaszczeniem w czwarty etap rozpaczy, potocznie głupawą zwany, bo znów przyplątały mi się przeboje z zębami. Wszyscy chcieli dobrze (wszyscy: znaczy się każdy, kto postanowił mi pomóc i wziąć się za te moje zniszczone lekami uzębienie), a wyszło jak zawsze. Wskutek czego mam poważne deformacje twarzy po lewej stronie w postaci cudnie okazałego obrzęku, po prawej nie lepiej, bo studentka cośtam przepchnęła przez wierzchołek zęba i samo miało przejść, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdyby się nie spaprało i właśnie po przeciwnej stronie również robi się rozkosznie balonowato. Pocieszające jest to, że będę spuchnięta równomiernie, na chomiczycę. No cóż, cierpiętnicą ci ja dyplomowaną. W poszukiwaniu domowych sposobów u doktora Googla (a konkretnie stąd), dowiedziałam się, że by sobie ulżyć powinnam:
* gryźć goździki i najlepiej wpychać je do dziury
...dziury ani tym bardziej goździków nie posiadam- odpada
* wypłukać wnętrze "kieliszeczkiem czystej, dobrze schłodzonej wódeczki", a najlepiej pić i płukać, na zmianę
...no cóż, biere antybiotyki i nie po drodze im z wódeczką, choćby nawet nie wiem jak mocno schłodzoną  (za to po drodze im z sensacjami żołądkowymi górnymi i dolnymi oraz mocno oswojonymi już drożdżakami, o przewrotny, okrutny losie) -tak czy siak odpada
* miejscowo zastosować wacik z jodyną
...jodyny, kocanek ani nawet płynu Lugola brak, apteki zresztą też- trudno, odpada
* włożyć czosnek, bądź wacik nasączony wódką do przeciwległego ucha
...eee, bolą zęby po obu stronach, zaaplikowanie tej metody skutkowałoby utratą słuchu, a co za tym idzie całkowitą dezorientacją, bo jak wiadomo wzrok u mnie nietęgi, i choć czosnek lubię, to jednakże smakowanie go małżowinami strasznie mnie odstręcza- bleee, odpada
* nacierać bolące miejsce aspiryną
...o nie! bolące miejsce nie daje się dotknąć, a co dopiero natrzeć- niemasochistycznie odpada
* mocno rozmasować ząb szczoteczką do zębów
... ale z dwojga złego to już wolę natrzeć wszystkie zęby aspiryną, chociaż nie mam pojęcia jak się do tego zmusić, ale wymyśliłam, że zacznę od palców u stóp i sukcesywnie będę się posuwać wyżej, może nim się spostrzegę... :)))

STASYS EIDRIGEVICIUS "Ostatni ząb"


Taaak, no przecież jakbym wiedziała, jak się zmuszać do pewnych rzeczy to z pewnością miałabym już swój pierwszy, zarobiony milion dawno za sobą. Ot co!

*

czwartek, 17 maja 2012

Zatrzymana chwila

Przyszło mi dziś przetrzepać laptopa w poszukiwaniu jakiegoś swojego zdjęcia, które niespodziewanie stało się potrzebne. Jako, że wsio zaraz po zgraniu przerzucam na dysk zewnętrzny (a ten akuratnie leży sobie spokojnie na półeczce, jakiś szmat drogi stąd), no, chyba, że są to już te moje sławetne badylaszki, albo ukochane obrazki z Bezdusza, które jednak chcę mieć nijako przy sobie (czytajcie: walają się po pulpicie i innych folderach, w których bytują zupełnie nieproszone), to poszukiwanie owo zajęło mi nieco czasu. Warto było, bo dzięki niemu odbyłam niezwykłą wyprawę fotkowym wehikułem czasu do dni zupełnie już zapomnianych.




Gdy Norbert zrobił mi to zdjęcie byłam świeżo i bezsilnie zakochana… i nieszczęśliwie oczywiście, jeśli tak to trywialnie można nazwać, choć unikam tego typu sformułowań. Nie widziałam w tej, nie niosącej nawet krztyny nadziei miłości nic nieszczęśliwego, wręcz przeciwnie.
Pamiętam, że chustkę, granatową, ze srebrnymi nitkami dostałam od przyjaciółki i do dziś nosi ją moja mama, że miałam śpiewać razem z „moim” chórem w Nieszporach Ludźmierskich, cudnym oratorium Pawluśkiewicza i strasznie się na to cieszyłam, bo mieli przyjechać artyści z Krakowa, za którymi się zwyczajnie stęskniłam, a szczególnie za pewnym pianistą ;)
Pamiętam, że szyba w oknie na klatce schodowej była tak brudna, że aż ładna, światło sączyło się przez nią leniwie, a poręcz schodów była metalowa i zimna, że było lato, że intensywnie pachniało obiadem, jak w barze mlecznym…
Pamiętam, że kilka dni później wpadłam pod samochód i prawie nic mi się nie stało, choć lekarz przed naciągnięciem mi skóry z powrotem na twarz modlił się po łacinie, gdy mu oznajmiłam, że jednak chyba potrzebuję teĵ twarzy w jednym, w miarę bezbliznowym kawałku, bo chcę zdawać do szkoły teatralnej ...

Pamiętam też, że miałam masę planów na jutro i ani odrobiny miejsca na smutek... i to chyba był ten jedyny, niedostrzegalny ułamek sekundy.  


*

środa, 2 maja 2012

No co tu dużo gadać

I znów zielono mi...





Choć oczywiście z lekką nutką goryczy w postaci jątrzącej się niepewności: czy nadal będę mogła cieszyć się tym moim rajskim Bezduszem, czy też pewnego dnia przyjdzie mi wyrwać kawał serca, zagrzebać pod ukochanym progiem i nigdy już tu nie wrócić. Ta straszna myśl uwiera mnie jak kamyk w bucie, którego nie sposób wytrząchnąć, ani się przyzwyczaić. Niemniej staram się wszelkimi sposobami udawać, że "kamyczka udręki" nie ma, usilnie kierując swoje myśli na inne tory, porzeczkowe na ten przykład...




Krzaczki wdzięczą się do mnie frędzelkami kwiatów, zapowiadając urodzaj owoców, a tą czarną, "babciną", która rodzi porzeczki najpyszniejsze na świecie udało mi się "powielić" i aż dziw bierze, że te młode krzewinki dosłownie rosną z dnia na dzień. W domu grasują korniki, farba łuszczy się jakoś ładniej niż zazwyczaj, a światło wpadające przez szpary pozwala oglądać spektakl tańczących w powietrzu drobinek.  "Wstrętnego, morderczego kurzu", tak bym powiedziała kiedyś i to całkiem niedawno, łapczywie żłopiąc powietrze przy akompaniamencie świstów i kaszlu, upodabniając się tym samym do akordeonu z dziurawym miechem... Na szczęście takie astmo-ekscesy to już przeszłość.







Maurycy Alejandro z zimowej "przechowalni" wrócił  nieco pokiereszowany na pyszczku, ze stratą kawałka zęba, i w doborowym  towarzystwie siedemnastu kolegów, krwoipijców. Tychże na ganek nie wpuściłam, z obrzydzeniem powyskubywałam z Maurycowej sierści i wrzuciłam do ognia. Kot poczuł się wyraźnie uwolniony od całego tego pasożytniczego półświatka i pół dnia dziękował mi cudnym śpiewem i innymi mruczandami...


  

a drugie pół dnia opalał się wraz z Haliną na ganku, blokując tym samym ciąg komunikacyjny prowadzący do domu, ale zostało im to oczywiście wybaczone...


Z dalszych wieści spieszę donieść wszystkim zainteresowanym, że... pająk Maciek zmienił miejscówkę i już nie straszy pod sufitem ino w kuchennym oknie, a nietoperze znów wróciły za okiennice, po tym, jak je mój mało rozgarnięty brat "wytrzepał" stamtąd w zeszłym roku długo miały uraz do tegoż miejsca. Jednemu nawet błysnęłam po oczach, ale trzy osoby, na trzy zapytane, nie dowidzą na poniższym zdjęciu mojego Gacusia, więc musicie mi wierzyć na słowo;)

No i zasypałam Was po czubki głów obrazkami, ale co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? może, że to tylko kropla w morzu!;) Jutrem lecę znów do Bezdusza i w planach mam robienie syropu z sosny...


choć nieco się obawiam, bo dookoła domu pojawiły się tabliczki zwiastujące utratę życia... Cóż, sosnowe specyfiki na zimę wcale nie muszą być zdrowe- akuratnie w tym szczególnym przypadku...




no to się porobiło :)))

*