środa, 28 września 2011

Wietrzenie przestrzeni - to i Candy

 Obiecałam sobie, że powoli… baaardzo powolutku będę rozstawać się z sentymentami więzionymi w przedmiotach. Nie, oczywiście nie ze wszystkimi, ale z tymi, co jako ta pospolita melodia, lubiana i nucona bezwiednie  tkwi w człowieku ot tak sobie. I tak tłoczą się te wspominkowe cuda na uginających się półeczkach, wypełniają szczelnie szafeczki i brzuchate szuflady, a mi przestrzeni jasnej i gładkiej teraz potrzeba. Form czystych i geometrycznych, pasteli i światła. A te sentymenciaki  niektóre tylko raz dotknięte dłonią, raz oplecione myślą, tym wspomnieniem ciepłym i mglistym. Troszkę smutno się rozstać, ale cóż… może pora zrobić trochę miejsca na nowe zaklinanie wspomnień, takich wyselekcjonowanych i bardzo, bardzo przejrzystych.    


I dzięki temu pragnieniu mogę ogłosić pierwsze małe Candy na Sydoniowym blogu. Na pierwszy ogień losowanym cukieraskiem staje się pewien skromny motyl. Nie wiem dlaczego i czym mnie tak naprawdę ujął, przecież ja nigdy w życiu nie przypięłam sobie do ubrania żadnej broszki. Ale „uśmiechnął się” do mnie i tak, wraz z bratem bliźniakiem trafił w moje ręce. Ten drugi odleciał do osoby, która mi się z nim natychmiast skojarzyła, niosąc ze sobą masę pozytywnych myśli i mam nadzieję, że i ten tutaj komuś z Was da choć odrobinę radości.   




Po głębszym przeszperaniu szufladowych czeluści znalazłam jeszcze takowe poniższe "słodkaśne" motyle i tym sposobem daje Wam możliwość wyboru cukieraska. Osoba wylosowana spośród zapisanych ma prawo pierwowyboru:) Drugi motyl poleci do kogoś z obserwujących bloga, a trzeci? cóż... trzeci zostanie u mnie;

Ps. Udało mi się zidentyfikować "twórcę" owych skrzydlatych ozdób, a mianowicie jest nią holenderska firma Sarlini.  Skoro już odkryłam tę stronkę, to nie pozostaje mi nic innego jak odrobinkę pobuszować wśród świecidełek i innych fatałaszkowych cacuszków:)









Zasady zabawy z pewnością są wszystkim znane, proszę o komentarz "zgłoszeniowy" pod postem, z tym, że jak ktoś nie ma ochoty linkować u siebie, to żaden problem-obecność na pasku bocznym mile widziana, aczkolwiek NIEOBOWIĄZKOWA:))). Banerki powyżej, zapisy do 27 października, losowanie w dniu kolejnym. Osoby nie prowadzące bloga proszę o zostawienie adresu mailowego. I...miłej zabawy!!!

      A, i jeszcze  temacie motyli – ogród przeżywa prawdziwe oblężenie Rusałek. 

Rusałka pawik


Rusałka pawik


Rusałka pokrzywnik

Wirują w powietrzu jak nadpobudliwe, jesienne liście.  W połączeniu z pracowitymi pszczołami i bąkami oblepiają kwiaty tak, że aż dziw bierze i wcale, ale to wcale nie wchodzą sobie w paradę. Żeby tak ludzie zechcieli częściej brać z nich przykład :D 





   


*

piątek, 23 września 2011

Duane Bryers i jego jesienna dziewczyna z jabłkami

Pierwszy dzień jesieni wcale nie musi trącić nostalgią. Mniejsza o to, że bociany się nie pożegnały, a brzozowe liście upstrzyły mocno zielone dywany mchu i zwodzą me oczy udając kurki.  Mniejsza, że serce boli zostawić tu kota na zimę. W końcu nawet nie jest mój, to dzikus z krwi i kości, gdzieniegdzie na wioskach bandytą zwany, ale ten łapserdak taki rozmowny jest i czarujący w każdym kocim calu. Ech... mniejsza o to...

Na rozpędzenie jesiennych mamrotków i marudków chciałabym przedstawić Wam  Hildę. To jedna z pierwszych dziewczyn pin-up. Oj, pamiętam, że dziadek miał talię  kart z takimi dziewczynami. Pożółkłą  i mocno sfatygowaną, pamiętam także, że  bardzo mnie te panie śmieszyły:) Podejrzewam, że twórcą tych niezwykłych akwarelowo-aerografowych rysunków był Alberto Vargas, choć pewności nie mam. Wyznaczał on standardy dla artystów pin up i był jednym z najwybitniejszych rysowników w swojej dziedzinie. Szkoda, że nie udało mi się "zaopiekować" tą dziadkową talią kart... Niemniej jest to wciąż żywa sztuka mająca miliony odbiorców, może nie w Polsce, ale i nawet do nas czasami przywędrowuje, chociażby ot tak:





Ach, miało być o jesiennej dziewczynie z jabłkami... twórcą tej poniższej jest Gil Elvgren


Dziewczyny u niego przedstawiane są w delikatnie seksownych i uroczych sytuacjach, może  to być ta chwilka, w której niesforny powiew wiatru unosi sukienkę odsłaniając nogi  (koniecznie odziane w pończoszki) lub zrywa kapelusz. Często jest to złapany moment jakoweś codziennej czynności, sytuacji i jest to zrobione w bardzo sympatyczny sposób... I tą pokrętną drogą przywiodłam Was do tytułowej Hildy, w której to jestem zakochana po uszy, ba, po sam czubek rudowłosej głowy! Ha,  kto mnie zna od razu będzie wiedział z jakiego powodu :) Jej twórcą jest Duane Bryers i jak dla mnie to jest to absolutne mistrzostwo. Proszę, poznajcie się z Hildą, bo będzie u mnie częstym gościem jako swoiste antidotum na obsiadające mnie jesienne smutasy, ale skąd się wzięła, co i jak? o tym następnym razem.

Na dziś wieczór już tylko jesienna Hilda z jabłkami:    

















*

środa, 21 września 2011

Kruche ciasto ze śliwkami jako przepis na niemoc wszelaką


Tytułem  późnonocnego wstępu oznajmiam wszystkim sympatycznym ludkom, którzy bezskutecznie się do mnie dobijają tu i ówdzie, a do których jeszcze nie dotarła wieść, żem zinternetowana jest ino w porywach i na raty: że jestem, dycham i czuję się miarowo… Wciąż w zielonościach sielsko wiejskich, lecz już bez nurzania się w nich beztrosko z powodów czysto fizycznych, a które to powody można krótko i zwięźle zwać cholernym lumbagiem (a poszło ty precz!). Testy i inne różne takie badania czekają mnie dopiero pod koniec miesiąca, i nawet jeśli coś tam znowu będzie bardzo nietenteges to nie sądzę, bym się tym zbytnio przejęła. Czuję się znośnie i to jest mój własny barometr boreliozowy…  To tak gwoli wyjaśnienia, z pewnością znowu po powrocie będę miała problem z ogarnięciem skrzynki + gg i jeśli kogoś zapodzieję, zacichnę, to z góry najmocniej przepraszam.



I tak w ciągu ostatniego tygodnia upiekłam równiutko 7 jadalnych ciast i masę niejadalnych ciasteczek  dochodząc do wniosku, że idealny kruchy spód pod jabłka nie nadaje się do śliwek… owszem,  jest zjadliwy, ale szału nie ma:) 







Wypracowałam przepis, który jest najbliższy ideałowi, ale myślę, że dopiero z czasem nadam mu ostateczny szlif, mam nadzieję, że będzie to w miarę szybko, bo powoli Jaworze zaczyna być ubogie w odwiedzające nas duszyczki i przyjdzie mi samej delektować się wypiekami, co z pewnością nieuchronnie pójdzie mi w biodra. Pocieszająca jest myśl, że dla równowagi ugniatanie ciasta dobrze wpływa na wygląd górnych partii ciała, więc bilans wychodzi na zero, no- okrąglutkie zero ;D ale jakby ktosik miał ochotę na kruchego śliwkowca, to bardzo proszę:  



Ciasto robimy z:

  * żółtek – 2 sztuk
   *  mąki – 2 szklanek  
 *  cukru – pół szklanki
  *  zimnego masła – kostki 200 g  
* białek - 2 sztuk ubitych na sztywno
*  proszku do pieczenia – pół łyżeczki
 * trochę bułki tartej do wysypania formy   
*  kawałeczka tartego imbiru (niekoniecznie)
    * odrobiny cynamonu do posypania śliwek-pasuje jak ulał    
*  skórki otartej z połówki sparzonej cytryny  (niekoniecznie)
*  no i  przecież występujących w głównej roli śliwek węgierek





Kruszonkę z:

*  masła 80 gr.  
*   mąki ¾ szklanki
*  cukru 2/3 szklanki
*  cukru waniliowego 1 op.




Mąkę wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia. Dodać masło pokrojone w wiórki, skórkę, imbir oraz żółtka, zagnieść szybko ciasto. Zawinąć w folię i wstawić do lodówki na godzinę. Schłodzonym ciastem wylepić dno i boki niedużej formy posmarowanej masłem o obsypanej bułką tartą.   Można też troszkę podmrozić ciasto i zetrzeć na tarce o grubych oczkach, to nieco ułatwia „wyklejanie”. Piec ok. 12 - 15 minut w temp. 180°C. Połówki śliwek ułożyć na cieście (zostawić ze 3-4, do dekoracji) i oprószyć delikatnie cynamonem, jak ktoś lubi... ja lubię bardzo:)  Białka ubić na sztywną pianę, wyłożyć na śliwki. Masło roztopić. Mąkę wymieszać z cukrem zwykłym i waniliowym, zalać ciepłym masłem i rozetrzeć palcami na grudki.  Posypać nimi wierzch ciasta. Na górę wyłożyć kilka plasterków pokrojonych śliwek. Piec jeszcze 30 minut. 




SMACZNEGO!!!





*

piątek, 16 września 2011

Zerwijmy łańcuchy


***

Nieznośne źdźbła trawy łechtają małą w nos. Kicha i prycha jak wtedy, gdy dmuchnęła niechcący w sam środek białej górki. Babcia dopiero co przesiała mąkę na stolnicę i odwróciła się na chwilkę by przynieść taką specjalną miotełkę. Mała bała się tego przedmiotu. Zrobiony był z powiązanych ze sobą dużych piór gęsich. W sumie pióra były fajne i lubiła je, ale bez reszty ptaka, takie nieżywe skrzydło najzwyczajniej w świecie napawało ją lękiem. I tak mała kicha i prycha jak wtedy właśnie, ale brnie dalej do upragnionego celu ukrytego pod krzakiem czarnego bzu. Jakaś kura wyciągając szyję bacznie przygląda się małej raz jednym, raz drugim okiem... koooo... niepewne i badawcze, znowu raz jednym, raz drugim. Dołącza do niej koleżanka czubatka i teraz obie wydają z siebie zdziwione koooooo w dwugłosowym, zgranym kanonie. Mała nawet na ułamek sekundy nie odwraca głowy w ich stronę, widzi tylko czarny otwór, bliżej i bliżej. Wraz z każdym ruchem otwór robi się coraz większy a jej rączka trafia na zimne oczka grubego łańcucha. Czepia się go jak liny i pełznie dalej, wiedziona nim prosto w tę upragnioną, czarną czeluść. Gramoli się przez chwilkę posapując, ale już jest, udało jej się niepostrzeżenie wślizgnąć do wnętrza drewnianego, psiego domku. Ciemność otula ją miękko, zapach natychmiast wywołuje lawinę emocji. Obiema rączkami ogarnia wielkiego, kudłatego zwierzaka i wtula się w niego mocno, ze wszystkich sił. Czuje dotyk zimnego, psiego nosa na policzku. Czuje się cudownie bezpieczna, w taki sposób, jakiego nie będzie jej dane doświadczać w dorosłym już życiu.


***

Misiek upolował kurę. Poplamionymi paluszkami chwytam wianek z mleczy, który dopiero co uplotłam dla babci i wybiegam na podwórko zobaczyć, na boso. Pies stoi zadowolony nad łupem i pomerduje ogonem oczekując pochwały. Wujek majstruje przy łańcuchu próbując wyrwać jego końcówkę przybitą do budy. W końcu mu się udaje. Pies trąca go w nogę zaciekawiony i podekscytowany. Wujek zawija sobie łańcuch dookoła dłoni i kieruje się za stodołę. Misiek podskakuje z radości, myśli pewnie, że w nagrodę dostanie spacer, pierwszy w swoim życiu prawdziwy spacer. I ja tak myślę, uśmiecham się do nich od ucha do ucha. Mała Ja, ten roziskrzony, rozczochrany chochlik z umorusaną buzią. Wujek chwyta oparty o ścianę szpadel i wraz z psem znika za zakrętem. Wianek wypada mi z rąk na bruk. Wystrzeliwuję jak z procy, biegnę ile sił w nogach. Ktoś łapie mnie wpół i przyciska do siebie, kopię go i okładam pięściami, ale trzyma mnie mocno, coś krzyczy. Widzę jak wujek wraca z zakrwawionym szpadlem i wiem… wiem, że obciął nim Miśkową głowę.


 ***

Jadę z N. do Jaworza zaraz po śmierci babci. Dom zionie pustką, uderza w nozdrza zatęchłą wonią. Pies staruszek wita się z nami serdecznie. Zdejmujemy mu obrożę, nie ma innego sposobu na pozbycie się łańcucha, jest przymocowany do niej na stałe. Pies nie chce z nami iść. Przynoszę wszystkie smakołyki jakie przywieźliśmy ze sobą, układamy z nich ścieżkę do domu, zachęcamy, prosimy. Przyślepawy zwierzak przez trzy dni nie wychodzi poza ten obszar, który był mu "dobrotliwie" podarowany przez człowieka .  Niewielki skrawek ziemi, którego granice wyznaczał ciężki, często splątany łańcuch.  Nie dziwimy mu się wcale, przecież ten wytarty połać pod drzewem to cały jego świat, całe jego życie. W końcu ośmiela się zrobić kilka kroczków dalej. Wraz ze świadomością wolności spływa na niego niewypowiedziana radość. Biega po podwórku i wwąchuje się dosłownie we wszystko, każde źdźbło, listek, krzaczek. Nurza się w zieleni  traw jak obłąkany, jakby chciał wszystkiego nałapać na zapas. W tej ekstazie staruszek  przegalopowuje nam przez żarzące się jeszcze ognisko, załamuję nad nim ręce, chyba nawet nie ma świadomości, nie wie czym jest ogień. Tak samo jak nie wie jeszcze, że przestrzeń może być tak nieogarnięta...

*** 



Pojutrze - 18 września rusza akcja, protest przeciwko cierpieniu zwierząt trzymanych na uwięzi "Zerwijmy łańcuchy".  O całym przedsięwzięciu można przeczytać TUTAJTU. Oczywiście zachęcam Was do zainteresowania się akcją w jakikolwiek sposób. Na stronie organizatora wystarczy kliknąć w ikonkę udzielając poparcia, można również dołączyć do innych osób w ramach wolontariatu i zaprotestować osobiście;) Ja jestem teraz odrobinkę "pokręcona" fizycznie i pewnikiem wybiorę się niestety dopiero na przyszłoroczną edycję, ale kto wie... może do niedzieli się "odkręcę"?:) Jak się uda, to zdam Wam obszerną relację, jak nie - upiekę idealne kruche ciasto ze śliwkami i tez zdam;D aaale wracając: akcja jest już organizowana po raz piąty i praktycznie w każdym większym mieście. Podczas happeningu każdy będzie mógł przykuć się na kilka minut do budy by zobaczyć, poczuć. Większość osób biorących udział w tym swoistym proteście jest zaskoczona ciężarem łańcucha. Corocznie do  akcji "Zerwijmy łańcuchy" przyłączają się znane postaci ze świata kultury i rozrywki. Tegorocznym ambasadorem został Michał Piróg.






Według nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt (która będzie obowiązywać od  1 stycznia 2012): "...trzymanie zwierząt innych niż gospodarskie na uwięzi w sposób stały dłużej niż 12 godzin w ciągu doby lub powodujący u nich uszkodzenie ciała lub cierpienie oraz niezapewniający możliwości niezbędnego ruchu jest znęcaniem się, a znęcanie się jest karalne". I choć pewne sytuacje regulują pewne prawa to śmiem przypuszczać, że widok wychudzonego psa uwięzionego przy budzie nieprędko zniknie z naszego krajobrazu. Cóż... zawsze pozostaje reagowanie, uparcie i bez wytchnienia.  Pamiętajcie o tym proszę:)))





czwartek, 8 września 2011

Judasz


Od dni kilku... 

Sny mam żywe i ludzi w nich zatrzęsienie. Znajomych, rodziny... Śnię tych ludzi inaczej, na przekór, jakby wywleczonych na zewnątrz, obnażonych. Robią coś, czego bym się po nich nigdy na jawie nie spodziewała. Z naturalną lekkością, z ochotą i entuzjazmem. Zadziwiają mnie w tych snach. Zaskakują i uświadamiają, że są dla mnie obcy. Niepoznani zupełnie, niczym judaszowe plemię... 

Sny te mącą mi radość poranka, psują smak kawy, zaprzątają głowę. Czasami lepiej nie wiedzieć wszystkiego, być może tylko czuć odrobinę podskórnie, wystarczająco jak dla mnie. 

Moje sny niczym ten  otwór w drzwiach, przez który widać, kto się do ciebie dobija i czy można go wpuścić... 
Wierzyć czy nie???   







niedziela, 21 sierpnia 2011

Świece, ciepły kocyk i... burza

błyskawice, które kiedyś dostałam od Jacka, zachęcam do obejrzenia jego zdjęć



Zahuczało, zaryczało niebo dźwiękiem złowieszczym i cisnęło błyskawic  mrowie oświetlając kłaniające się mu nisko drzewa i kryty potokiem deszczu lśniący asfalt. Tym razem burza przyszła nad ranem, taka mocno nadpobudliwa. Miałam wrażenie, że wyrzuca z siebie nagromadzone napięcie jak człowiek, który nie tylko krzyczy i czerwieni się na twarzy, ale ciska czym popadnie kalecząc ręce i miota się jak opętany, aż do utraty sił. Czas troszkę niefortunnie wybrała, bo stanowczo wolę jak szaleje wieczorem, albo wczesną nocą, zwiastując swoje nadejście przygasającym światłem żarówki i melodią szamoczących się na wietrze dzwonków. To dla mnie sygnał, że należy szybko zanieść do pokoiku na górze kilka świec, jakiś ręcznik (świetnie sprawdza się w roli obrusika), nakroić migiem kopiaście ciasta i  zaparzyć dzban herbaty z syropem czarnobzowym, albo z pigwą, jeśli jeszcze jakiś słoiczek tej pyszności się uchował.
Oj tak... To jedne z moich ulubionych chwilek, tak ulubionych, że czasami posuwam się nawet do śledzenia ich. Gdy za oknem raz po raz błyska, a wiatr gwiżdże tęskne pieśni w szczelinach domu, ja siedzę opatulona w kocyk i mrużę oczy patrząc w przyjazny płomień świecy. Rozpływa się wtedy ciepłym blaskiem wślizgując się miękko pod ciężkie powieki.
Po jakiejś chwili siedzimy już przy stoliku. Herbata paruje wypełniając pokój niezwykłym aromatem, zaraz obok śmiechów i chichotów, przekomarzań się i głośnych okrzyków zazdrości. Bo w burzowy czas, przy sprzyjających okolicznościach, w różniastym towarzystwie i od wielu, wielu już lat... gramy sobie w kości. Mam taki zeszyt, który jest niejako kroniką hazardowych spotkań w "tych pięknych okolicznościach przyrody".

Mam też nadzieję, że takich chwilek i takich burz jeszcze wiele przede mną, bo pustych kartek w zeszycie wciąż sporo...     






 Dla mnie burza to stare, pożółkłe kości wytarte na brzegach i ciepło...dużo ciepła.
Dla Was, dla każdego z Was z pewnością coś zupełnie innego:) 





I niebieskości dla Vi, tak zaklinając w nie spokój serca, duszy i ciała...






*

piątek, 12 sierpnia 2011

Sex terebki i reaktywacja

Jako, że trafiła mi się niewielka przerwa między hasaniem z jednymi przemiłymi gośćmi a leniuchowaniem z drugimi, to dosłownie nie wiem co ze sobą zrobić. Wypadałoby cosik w miarę pożytecznego... i tak łączonymi siłami zabraliśmy się za reaktywację MooNatowego bloga. Siły choć zgrabnie i grubymi nićmi łączone to nierównomierne i wyglądało to mniej więcej tak:
* Norbert: "-muszę to dziś skończyć, muszę..."
* Ja: "- ale czy ten kolor nie mógłby być bardziej niepudrowy?"
* Halinka:  "-czy ktoś w końcu raczy mnie wypuścić na siusiu???"
* i ten tam, od którego zależy wszystko, czyli nasz zdychający internet:
 "-ciągnę, nie ciągnę, ciągnę, umieram, padam, ciągnę, o nie... tego nie zrobię!"
... 
No co ty dużo gadać, szło nam gorzej niż bardzo opornie, ale jakoś zmogliśmy:) To szczegół, że pogubiłam obserwowanych, obserwujący pogubili MooNata, namieszałam kilka razy w kodach i róż nadal jest zbyt pudrowy... ważne, że jest po liftingu, może złapie trochę świeżego oddechu. No... i ma w końcu swój własny profil, dzięki czemu niby powinnam mieć większy porządek u siebie, ale pewnikiem będzie na opak:))) Nic to... rezultat do wglądu TUTAJ , takowe Norbertowe sex torebusie na dobry humor również. Miłego weekendowania!!!


hehehe... zdjęcie w ramach autoterapi pt. "nie wszystko musi być idealne"




*

czwartek, 11 sierpnia 2011

Bardzo proszę: obiecane na zsiadłym raz dwa

Kochani, na życzenie bardzo proszę: owe placuszki! 
Łączcie, mieszajcie, smażcie i delektujcie się nimi do woli :)

Zazwyczaj placuszki na zsiadłym robię z tartymi jabłkami i takie też są najsmaczniejsze. Niestety papierówka została już doszczętnie ogołocona z mizernych owoców, a te zostały zapakowane zgrzebnie do słoików z etykietką "zapasy na zimowe czasy". Cóż, nie ma jabłek, ale wynalazłam jeszcze resztki rabarbaru, więc to on zagra dziś drugie skrzypce, obok zsiadłego mleka oczywiście...



   

I tak szykujemy sobie składniki:
 
* mąka
* dwa jajka
* szczypta soli
  * jakiś olej do smażenia
* łyżeczka proszku do pieczenia
  * jedno opakowanie cukru waniliowego
* aromat - taki jak lubimy, choć niekoniecznie
 * trzy małe (dwa duże) jabłka lub trochę rabarbaru 
* zsiadłe mleko - taki jeden kubeczek to chyba 400 gr.
* dodatki różniaste, co kto lubi lub akuratnie posiada, czyli tak: 
   powidełka jakieś, dżemik, cukier puder, śmietana, jogurt, marmoladka itp.




Najpierwej możemy sobie obrać jabłka czy też alternatywny rabarbar 
(tę kwaśną zmorę kroimy, zasypujemy cukrem i odstawiamy żeby złagodniała)







Bierzemy zsiadłe ( jak nie ma my takowego może być jogurt naturalny, grecki albo kefir, ale zsiadłe jest najlepsiejsze) i wlewamy je do wysokiego naczynia (anu Wy miksować mechanicznie będziecie, a ja z braku sprzętu mieszać będę galopem przy użyciu widelca. Nie współczujcie mi - mam już wprawę i zgrabnie mi to idzie).

Do miski ze zsiadłym dodajemy: 
* jajka 
* szczyptę soli
* cukier waniliowy
* proszek do pieczenia
* dwie kropelki aromatu
* no i oczywiście mąkę ( byłabym zapomniała)

...i tu mam problem z napisaniem Wam ile tej mąki powinno być, najlepiej wsypać szklankę i w miarę miksowania dodawać. Ciasto ma być gęste jak śmietana i lać się jednym, zwartym, grubym ciurkiem, cokolwiek i jakkolwiek to brzmi :)






Jak już udało nam się zmiksować wszystko na piękne, aksamitne ciasto, to dorzucamy starte na grubych oczkach jabłuszka, lub pokrojony w kostkę rabarbar (ten razem z cukrem i sokiem który w międzyczasie puścił) i smażymy na mocno  rozgrzanym oleju ( nie trza go dużo, ino kapinkę), aż się lekko "przyczernią", o tak:




Serwujemy z dodatkami takimi, jakie tylko nam na myśl przyjdą. Mi smakują nawet golutkie... no, może przyprószone odrobinką cukru pudru, coby nie marzły zbytnio:)



Smacznego! 
 ps. no i zrobiłam się głodna:D




ps2. właśnie pokazano mi jak się robi kolaże ze zdjęć. Świetna zabawa i już wiem co będę robić tak długo, dopóki mi się nie znudzi (to raczej... niedługo).



wtorek, 9 sierpnia 2011

Przenikania się wzajemne pod kapryśnym niebem

Uroczy Obiekt płci pięknej, który wygrał Norbertowe Candy, pojawił się w Jaworzu obwieszczając swoje przybycie głębokim, basowym mruczeniem samochodowego silnika. Wraz o nią zaszczycił nas swoją obecnością wielki mały, siedmioletni człowiek, który już od progu rozbawił nas do łez oraz wyzwalał niekontrolowane ataki głupawkowariacji. Jego perlisty, poranny śmiech odbijał się od zbutwiałych stropów chorego domu jak niesforna piłeczka kauczukowa. Wnikał w zakurzone, zapomniane zakamarki dusz naszych zaśniedziałych rozświetlając i budząc do życia wszystko i wszystkich... Dawał i wyzwalał nienazwane emocje cudnie kotłując się w odmętach nieokiełznania... Tak zwyczajnie, jak potrafi tylko dziecko...


    

I tu od razu bez ceregieli  proponuję wszystkim "zwabienie" wszelkimi sposobami Czarnej i jej latorośli do siebie, bo działają po stokroć lepiej niż jakikolwiek supernowoczesny gabinet odnowy biologicznej i emocjonalnej, a na dodatek lista ich zalet jest wręcz powalająca.

Na ten przykład są niezwykle tani w utrzymaniu. Czarna żywi się wyłącznie kiszonymi ogórkami a latorośl jada produkty niełączone.

Fantastycznie dopieszczają psa i kota. Po bodajże godzinie przydomowy inwentarz z obłędem w oczach nie odstępują ich na krok, a nam już nic nie plącze się między nogami dybiąc nieświadomie na nasze przednie zęby.

Po kolejne i najważniejsze: obsypują prezentami! Tak, tak... nie czekają do grudnia, nie pytają czy jesteśmy grzeczni i nie każą recytować wierszyków, po prostu OBDAROWUJĄ niespodziewanie i z rozmachem:)


Czarna przy użyciu wszechstronnych rącząt zmajstrowała
dla mnie takie oto cudne kolczyki...   



I takie oto słodkaśne kwiatuszki pozujące
w towarzystwie krzemieni



i jeszcze te, z kryształem górskim
(strzał w dziesiątkę, bo to mój zodiakalny kamień)
i z kolczykami też trafiła - mam tak przekłute uszy,
że mogłabym zaprezentować je wszystkie na raz




Od Filipka dostaliśmy kilka prac wykonanych różnymi
technikami, oto fragment jednej z nich.
Wyraźnie widać ciekawą fakturę
i zamaszystość ruchów młodego artysty


Ach... i jeszcze dalej przytaczając skromną część z listy ich zalet:

 Myją cudze auta z ochotą i bez ŻADNYCH środków przymusu:)

zdjęcie od Czarnej... robione z ukrycia:) swoją drogą ciekawam,
gdzie rozdają tak utalentowane, wrażliwe
i uczynne dzieci, bo chętnie takowe przysposobię??? :)

Z własnej, nieprzymuszonej woli wkładają spodnie w skarpetki, chroniąc się w ten sposób przed kleszczami... i nie trzeba im o tym co rusz przypominać



Zabawiają wciągającymi słowy... dialogiem, monologiem jak potok wartkim...



I jeszcze na ten przykład i w wielkim skrócie:

Czarna udziela darmowych porad ekonomicznych i marketingowych. Zrobi masaż sama z siebie, gdy nie się śmiałości ją o to poprosić... Zaceruje wszelakie dziurawe i poprzecierane okrycia i skarpetki, naprawi auto, podwiezie po zakupy, pochwali i skomplementuje kucharza. Zaśpiewa jak zabraknie prądu. Nauczy pleść, haftować, wycinać, szyć, dziergać i czego tylko dusza zapragnie...aż brak mi słów...


pierwsze próby obszywania kamyczków... z braku koralików
rozbroiliśmy dziecięcy naszyjnik i daaaalej do igiełki,
pod czujnym okiem instruktorki:)

Cztery cudowne dni minęły jak mrugnięcie powieki, dziś przyszło mi ino powzdychać do nich tęsknie, zwieszając głowę nad dymiącą placuszkową  górą,  ale nawet to nie chce ukoić... oj nie chce...Bo bywają takie spotkania po których nagła cisza zaczyna kłuć w piersiach drobnymi igiełkami jak mrozem...

placuszki ze zsiadłego mleka, chce ktoś przepis???





*