niedziela, 21 sierpnia 2011

Świece, ciepły kocyk i... burza

błyskawice, które kiedyś dostałam od Jacka, zachęcam do obejrzenia jego zdjęć



Zahuczało, zaryczało niebo dźwiękiem złowieszczym i cisnęło błyskawic  mrowie oświetlając kłaniające się mu nisko drzewa i kryty potokiem deszczu lśniący asfalt. Tym razem burza przyszła nad ranem, taka mocno nadpobudliwa. Miałam wrażenie, że wyrzuca z siebie nagromadzone napięcie jak człowiek, który nie tylko krzyczy i czerwieni się na twarzy, ale ciska czym popadnie kalecząc ręce i miota się jak opętany, aż do utraty sił. Czas troszkę niefortunnie wybrała, bo stanowczo wolę jak szaleje wieczorem, albo wczesną nocą, zwiastując swoje nadejście przygasającym światłem żarówki i melodią szamoczących się na wietrze dzwonków. To dla mnie sygnał, że należy szybko zanieść do pokoiku na górze kilka świec, jakiś ręcznik (świetnie sprawdza się w roli obrusika), nakroić migiem kopiaście ciasta i  zaparzyć dzban herbaty z syropem czarnobzowym, albo z pigwą, jeśli jeszcze jakiś słoiczek tej pyszności się uchował.
Oj tak... To jedne z moich ulubionych chwilek, tak ulubionych, że czasami posuwam się nawet do śledzenia ich. Gdy za oknem raz po raz błyska, a wiatr gwiżdże tęskne pieśni w szczelinach domu, ja siedzę opatulona w kocyk i mrużę oczy patrząc w przyjazny płomień świecy. Rozpływa się wtedy ciepłym blaskiem wślizgując się miękko pod ciężkie powieki.
Po jakiejś chwili siedzimy już przy stoliku. Herbata paruje wypełniając pokój niezwykłym aromatem, zaraz obok śmiechów i chichotów, przekomarzań się i głośnych okrzyków zazdrości. Bo w burzowy czas, przy sprzyjających okolicznościach, w różniastym towarzystwie i od wielu, wielu już lat... gramy sobie w kości. Mam taki zeszyt, który jest niejako kroniką hazardowych spotkań w "tych pięknych okolicznościach przyrody".

Mam też nadzieję, że takich chwilek i takich burz jeszcze wiele przede mną, bo pustych kartek w zeszycie wciąż sporo...     






 Dla mnie burza to stare, pożółkłe kości wytarte na brzegach i ciepło...dużo ciepła.
Dla Was, dla każdego z Was z pewnością coś zupełnie innego:) 





I niebieskości dla Vi, tak zaklinając w nie spokój serca, duszy i ciała...






*

piątek, 12 sierpnia 2011

Sex terebki i reaktywacja

Jako, że trafiła mi się niewielka przerwa między hasaniem z jednymi przemiłymi gośćmi a leniuchowaniem z drugimi, to dosłownie nie wiem co ze sobą zrobić. Wypadałoby cosik w miarę pożytecznego... i tak łączonymi siłami zabraliśmy się za reaktywację MooNatowego bloga. Siły choć zgrabnie i grubymi nićmi łączone to nierównomierne i wyglądało to mniej więcej tak:
* Norbert: "-muszę to dziś skończyć, muszę..."
* Ja: "- ale czy ten kolor nie mógłby być bardziej niepudrowy?"
* Halinka:  "-czy ktoś w końcu raczy mnie wypuścić na siusiu???"
* i ten tam, od którego zależy wszystko, czyli nasz zdychający internet:
 "-ciągnę, nie ciągnę, ciągnę, umieram, padam, ciągnę, o nie... tego nie zrobię!"
... 
No co ty dużo gadać, szło nam gorzej niż bardzo opornie, ale jakoś zmogliśmy:) To szczegół, że pogubiłam obserwowanych, obserwujący pogubili MooNata, namieszałam kilka razy w kodach i róż nadal jest zbyt pudrowy... ważne, że jest po liftingu, może złapie trochę świeżego oddechu. No... i ma w końcu swój własny profil, dzięki czemu niby powinnam mieć większy porządek u siebie, ale pewnikiem będzie na opak:))) Nic to... rezultat do wglądu TUTAJ , takowe Norbertowe sex torebusie na dobry humor również. Miłego weekendowania!!!


hehehe... zdjęcie w ramach autoterapi pt. "nie wszystko musi być idealne"




*

czwartek, 11 sierpnia 2011

Bardzo proszę: obiecane na zsiadłym raz dwa

Kochani, na życzenie bardzo proszę: owe placuszki! 
Łączcie, mieszajcie, smażcie i delektujcie się nimi do woli :)

Zazwyczaj placuszki na zsiadłym robię z tartymi jabłkami i takie też są najsmaczniejsze. Niestety papierówka została już doszczętnie ogołocona z mizernych owoców, a te zostały zapakowane zgrzebnie do słoików z etykietką "zapasy na zimowe czasy". Cóż, nie ma jabłek, ale wynalazłam jeszcze resztki rabarbaru, więc to on zagra dziś drugie skrzypce, obok zsiadłego mleka oczywiście...



   

I tak szykujemy sobie składniki:
 
* mąka
* dwa jajka
* szczypta soli
  * jakiś olej do smażenia
* łyżeczka proszku do pieczenia
  * jedno opakowanie cukru waniliowego
* aromat - taki jak lubimy, choć niekoniecznie
 * trzy małe (dwa duże) jabłka lub trochę rabarbaru 
* zsiadłe mleko - taki jeden kubeczek to chyba 400 gr.
* dodatki różniaste, co kto lubi lub akuratnie posiada, czyli tak: 
   powidełka jakieś, dżemik, cukier puder, śmietana, jogurt, marmoladka itp.




Najpierwej możemy sobie obrać jabłka czy też alternatywny rabarbar 
(tę kwaśną zmorę kroimy, zasypujemy cukrem i odstawiamy żeby złagodniała)







Bierzemy zsiadłe ( jak nie ma my takowego może być jogurt naturalny, grecki albo kefir, ale zsiadłe jest najlepsiejsze) i wlewamy je do wysokiego naczynia (anu Wy miksować mechanicznie będziecie, a ja z braku sprzętu mieszać będę galopem przy użyciu widelca. Nie współczujcie mi - mam już wprawę i zgrabnie mi to idzie).

Do miski ze zsiadłym dodajemy: 
* jajka 
* szczyptę soli
* cukier waniliowy
* proszek do pieczenia
* dwie kropelki aromatu
* no i oczywiście mąkę ( byłabym zapomniała)

...i tu mam problem z napisaniem Wam ile tej mąki powinno być, najlepiej wsypać szklankę i w miarę miksowania dodawać. Ciasto ma być gęste jak śmietana i lać się jednym, zwartym, grubym ciurkiem, cokolwiek i jakkolwiek to brzmi :)






Jak już udało nam się zmiksować wszystko na piękne, aksamitne ciasto, to dorzucamy starte na grubych oczkach jabłuszka, lub pokrojony w kostkę rabarbar (ten razem z cukrem i sokiem który w międzyczasie puścił) i smażymy na mocno  rozgrzanym oleju ( nie trza go dużo, ino kapinkę), aż się lekko "przyczernią", o tak:




Serwujemy z dodatkami takimi, jakie tylko nam na myśl przyjdą. Mi smakują nawet golutkie... no, może przyprószone odrobinką cukru pudru, coby nie marzły zbytnio:)



Smacznego! 
 ps. no i zrobiłam się głodna:D




ps2. właśnie pokazano mi jak się robi kolaże ze zdjęć. Świetna zabawa i już wiem co będę robić tak długo, dopóki mi się nie znudzi (to raczej... niedługo).



wtorek, 9 sierpnia 2011

Przenikania się wzajemne pod kapryśnym niebem

Uroczy Obiekt płci pięknej, który wygrał Norbertowe Candy, pojawił się w Jaworzu obwieszczając swoje przybycie głębokim, basowym mruczeniem samochodowego silnika. Wraz o nią zaszczycił nas swoją obecnością wielki mały, siedmioletni człowiek, który już od progu rozbawił nas do łez oraz wyzwalał niekontrolowane ataki głupawkowariacji. Jego perlisty, poranny śmiech odbijał się od zbutwiałych stropów chorego domu jak niesforna piłeczka kauczukowa. Wnikał w zakurzone, zapomniane zakamarki dusz naszych zaśniedziałych rozświetlając i budząc do życia wszystko i wszystkich... Dawał i wyzwalał nienazwane emocje cudnie kotłując się w odmętach nieokiełznania... Tak zwyczajnie, jak potrafi tylko dziecko...


    

I tu od razu bez ceregieli  proponuję wszystkim "zwabienie" wszelkimi sposobami Czarnej i jej latorośli do siebie, bo działają po stokroć lepiej niż jakikolwiek supernowoczesny gabinet odnowy biologicznej i emocjonalnej, a na dodatek lista ich zalet jest wręcz powalająca.

Na ten przykład są niezwykle tani w utrzymaniu. Czarna żywi się wyłącznie kiszonymi ogórkami a latorośl jada produkty niełączone.

Fantastycznie dopieszczają psa i kota. Po bodajże godzinie przydomowy inwentarz z obłędem w oczach nie odstępują ich na krok, a nam już nic nie plącze się między nogami dybiąc nieświadomie na nasze przednie zęby.

Po kolejne i najważniejsze: obsypują prezentami! Tak, tak... nie czekają do grudnia, nie pytają czy jesteśmy grzeczni i nie każą recytować wierszyków, po prostu OBDAROWUJĄ niespodziewanie i z rozmachem:)


Czarna przy użyciu wszechstronnych rącząt zmajstrowała
dla mnie takie oto cudne kolczyki...   



I takie oto słodkaśne kwiatuszki pozujące
w towarzystwie krzemieni



i jeszcze te, z kryształem górskim
(strzał w dziesiątkę, bo to mój zodiakalny kamień)
i z kolczykami też trafiła - mam tak przekłute uszy,
że mogłabym zaprezentować je wszystkie na raz




Od Filipka dostaliśmy kilka prac wykonanych różnymi
technikami, oto fragment jednej z nich.
Wyraźnie widać ciekawą fakturę
i zamaszystość ruchów młodego artysty


Ach... i jeszcze dalej przytaczając skromną część z listy ich zalet:

 Myją cudze auta z ochotą i bez ŻADNYCH środków przymusu:)

zdjęcie od Czarnej... robione z ukrycia:) swoją drogą ciekawam,
gdzie rozdają tak utalentowane, wrażliwe
i uczynne dzieci, bo chętnie takowe przysposobię??? :)

Z własnej, nieprzymuszonej woli wkładają spodnie w skarpetki, chroniąc się w ten sposób przed kleszczami... i nie trzeba im o tym co rusz przypominać



Zabawiają wciągającymi słowy... dialogiem, monologiem jak potok wartkim...



I jeszcze na ten przykład i w wielkim skrócie:

Czarna udziela darmowych porad ekonomicznych i marketingowych. Zrobi masaż sama z siebie, gdy nie się śmiałości ją o to poprosić... Zaceruje wszelakie dziurawe i poprzecierane okrycia i skarpetki, naprawi auto, podwiezie po zakupy, pochwali i skomplementuje kucharza. Zaśpiewa jak zabraknie prądu. Nauczy pleść, haftować, wycinać, szyć, dziergać i czego tylko dusza zapragnie...aż brak mi słów...


pierwsze próby obszywania kamyczków... z braku koralików
rozbroiliśmy dziecięcy naszyjnik i daaaalej do igiełki,
pod czujnym okiem instruktorki:)

Cztery cudowne dni minęły jak mrugnięcie powieki, dziś przyszło mi ino powzdychać do nich tęsknie, zwieszając głowę nad dymiącą placuszkową  górą,  ale nawet to nie chce ukoić... oj nie chce...Bo bywają takie spotkania po których nagła cisza zaczyna kłuć w piersiach drobnymi igiełkami jak mrozem...

placuszki ze zsiadłego mleka, chce ktoś przepis???





*

czwartek, 28 lipca 2011

A niebo błękitne nade mną

Wypadło mi się z obiegu. Totalnie i z całym dobrodziejstwem inwentarza, tzn. telefon leży gdzieś w kącie i nawet nie wiem w którym, a kątów ci tutaj dostatek. Włosy nieprzystrzyżone, choć niektórzy twierdzą, że jest to wielce artystyczny i zachwycający nieład, a i miło z ich strony, że powtarzają to z takim zacięciem. Natomiast gdy zamykam oczy przed snem i widzę grzybki, kuraski dorodne meszkiem tulone, czy też prawdziwki malusie w rządku przede mną "kolejno odlicz", to...to już po mnie i obowiązkach przyziemnych moich... znaczy się konkretnie, że wypadło mi się z przetartych torów, ległam w trawie i błagam świat o zapomnienie. 

 "...oprócz błękitnego nieba
    nic mi dzisiaj nie potrzeba..."
                                     Marek Jackowski 






I tak ja tu się radośnie pokładam po glebie smyrana wszelakimi czynnikami atmosferycznymi, bądź nurzam się kontemplacyjnie w orzeźwiających strugach, a w równorzędnym blogowym świecie jakiśktoś niespodziewane serdeczności w moim kierunku śle, wzruszając mnie tym niezmiernie... Ten ktośjakiś to dwie niezwykłe, choć różniące się od siebie jak ogień i woda osóbki. Dwie cudne kobiety. 

Wodą tkliwą, aksamitną, w której refleksami tańczą skrzące się myśli  jest Lafle.

Ogień zaś, pasja... poryw szczery, szalony i nieokiełznany to... Czarna Lola.

I choć nie przepadam za wirtualnymi wojażami, to jednak muszę przyznać i pewnie zgodzicie się ze mną, że podróże owe są furtką, drzwiami do niezwykłych światów. Cieszę się, że dane mi jest je zwiedzać, poznawać i niejako zadomawiać się w nich...



Całym moim roztrzepanym jestestwem dziękuję Wam za owe serdeczności, tym bardziej, że takie niespodziewane... bo przeczytałam i padłam jak ta bidulka poniżej, z tą różnicą, że zachowałam komplet kończyn, w przeciwieństwie do denatki:)




I mam nadzieję, że świat się nie zawali i gradobicie mnie ominie jeśli troszkę, a właściwie eee... całkowicie pominę, przeskoczę, udam, zaplączę się i nie wypełnię tych tam takich różnych, wiecie... trza by przeczytać, pomyśleć, napisać o sobie, wyróżnić, powklejać, napisać, pomyśleć, powysyłać, pomyśleć kto lubi, a może nie lubi... po omacku jakby... pomyśleć, napisać...

A ja chcę Was wszystkich wyróżnić, bo uwielbiam do Was zaglądać. Wzruszać się, uśmiechać, zachwycać się jak dziecko. Rozpływać się w kolorach lub nurzać czerni, łapać od kogoś dobre myśli, zasmucić się z kimś innym... pomarzyć, zarazić się beztroską, wygłupić się ot tak :)

Nie sposób mi wybrać, wskazać gdzie, w którym świecie czuje się najlepiej...

A o sobie... piszę wciąż niedokończoną opowieść:) 





*

poniedziałek, 18 lipca 2011

Zagadka :)



Ciekawa jestem... kto  z Was najszybciej odgadnie co to jest???



ps. przewiduję nagrodę - niespodziewajkę ;)



*
  A tak na marginesie to...nie chcę być niekompletna!!!




,

czwartek, 14 lipca 2011

Zdejmijcie To ze mnie!


Jakąż  ulgę poczułam wczorajszego wieczoru, gdy z posennym przypływem świadomości odkryłam, że moje sponiewierane ciało nie ma już ochoty wyskakiwać z przyciasnej skóry, a kolacja ze skotłowanych wnętrzności. Cóż, na sam widok jakiejkolwiek pigułki robię się zielona, a to czego doświadczam w momencie, gdy zmuszona jestem je przyjmować porównać jedynie można do podróży w kosmos. Dlatego radośnie mi się zrobiło i lekko tu, na ziemi, a przepełniona pozytywnymi emocjami poczułam zbliżające się tsunami sił witalnych. Wyskoczyłam z łóżka, zakrzątnęłam się po pokoju jako ta roziskrzona Disneyowska Królewna Śnieżka od krasnoludków i złapana za nosek cudnym, kawowym aromatem (och, och... biedny, nieszczęśliwy, przygaszony Nosferatu zaparzył mi filiżaneczkę... och...mój dobry duszek wampirek) w radosnym pląsie spłynęłam po schodach wprost w objęcia rozświetlonej kuchni i kawowych zapachów. 


źródło



A tam... Oczom mym z lekka niedowierzającym ukazał się widok przecudnej, hipnotyzującej urody. Na stole, przyćmiewając swym ogromem małą filiżaneczkę, rozpanoszył się dostojny talerz pełen słodkości wszelakich, ułożonych w zgrabną rozetkę... i jako ten kwiat egzotyczny kusił widokiem i nęcił obietnicą rozkoszy. Rozejrzałam się, w kuchni żywej duszy, znaczy się Nosferatu podążył na rytualną, conocną przechadzkę, więc jak uszczknę nieco z rozetkowych obfitości, skubnę ino jednego, małego płatka to z pewnością się nie zorientuje, nie zauważy nawet. Od tygodnia mam szlaban na smakołyki. Od długiego tygodnia zaciskam mocno powieki otwierając szafkę z zapasami i na oślep macam w poszukiwaniu słoika z herbatą. Tak tylko skubnę sobie jak ptaszyna... kilka okruszków... 


źródło


...i już, już wyciągam dłoń po nugatowego wafelka, gdy nagle zapala się wielka, czerwona lampka, a przed oczami przelatują mi obrzydliwe, jątrzące się obrazy. Jak wiadomo dłuższa antybiotykoterapia przy nieodpowiedniej diecie skutkować może zagrzybieniem całego organizmu, a nic mnie tak nie przeraża jak choroby skóry i uzębienia. Natychmiast w mojej głowie niczym w małym, przytulnym kinie wyświetla się niesmaczny horror pod tytułem:"Zmasowany atak Kandydozy". Westchnęłam tylko na tą dobrze znaną mi projekcję, włączyłam "klatkę stop" i wyciągnęłam dłoń w stronę słodkościowego zatracenia.
-Ej...Jeden gryzek parchem Cię nie powlecze...-myślę sobie, a dłoń moja pewnie zmierza w wiadomą stronę. W tym samym momencie coś śmierdzącego spada mi na głowę i poczułam gepardzi skok wymierzony w moje plecy... jakieś cielsko uczepiło się i usilnie próbuje mnie obezwładnić. Pal licho wiszący mi na plecach ludzki worek, ale siatka która boleśnie wrzynała mi się w poliki, śmierdziała obrzydliwie. Z pewnością była okropnie zakurzona i brudna, czym natychmiast przelała czarę goryczy. Ryknęłam rykiem złowieszczym i ostrzegawczym, po czym zebrawszy wszystkie siły zrzuciłam napastnika z pleców i robiąc półobrót zaatakowałam na oślep i tym co miałam akuratnie pod ręką, czyli własnymi  pazurami. Nie wiem czego się uczepiłam, ale trzepałam jakbym miała do odświeżenia stuletni, latający dywan. Taki, który próbuje się bronić i czyni to w dosyć bolesny sposób, bo nadwyrężając mi cebulki na głowie. Szarpię do utraty sił, słyszę tylko wycie, jęki i nieznośne jazgotanie psa. Po dłuższej chwili orientuję się, że trzymam w zaciśnietych dłoniach... rajstopowe stopki. No takie rajstopki??? Puszczam to ścierwo i rozpaczliwie szukam jakiegoś sensu w całej tej sytuacji. Napastnik też łapie oddech i stając w lekkim rozkroku niefrasobliwie odsłania czułe miejsce. No tego mi tyko było trzeba!!! Nim zdążyłam pomyśleć, noga sama mi wystrzeliła jak z procy i gruchnęła prosto w krocze obłąkańca. Jak stał, tak padł, a ja wykorzystując sytuację złapałam za dyndające rajstopowe stopy i owinąwszy je sobie wokół dłoni ciągnąć poczęłam ze wszystkich sił, coby szybko obnażyć oblicze szaleńca (w międzyczasie doszłam do wniosku, że faktycznie TYLKO jakiś szaleniec zdecydowałby się na taki nietuzinkowy kamuflaż... szlaniec no i Lady Gaga, a jak wiadomo z wariatami nie ma żartów). Dopiero teraz zaczął się wić jak piskorz. Przydusiłam go nieco i ciągnę dalej jak tą rzepkę, a on macha tymi rękoma jakby chciał odlecieć, ulecieć na bezpieczną odległość...  
i niespodziewanie grzechotanie znajome zakuło mnie w uszy. Patrzę, a Tu Norbertowa bransoletka połyskuje na nadgarstku napastnika. No...!!! to dopiero TERAZ mi się zakotłowało, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo ktoś do drzwi wejściowych począł walić niecierpliwie. Puściłam piskorza  (zaraz się z nim policzę) i przygładzając rozentuzjazmowane całym zajściem włosy pobiegłam zobaczyć "kto tam". Za drzwiami stał zaprzyjaźniony ochroniarz i jak tylko go ujrzałam, wiedziałam, że muszę... no MUSZĘ zaciągnąć Go do kuchni, co by się na Norbercie natychmiast odegrać... Gość, gdy tylko zobaczył siedzącą na podłodze postać w rajstopkach na łbie, siatkę, rozrzucone klapki, z czego jeden leżał na stole, tuż obok przynętowego talerzyka... no i ciśniętą w kąt srebrną taśmę na krokodyla, zrobił minę osoby, która doznała natychmiastowego olśnienia. Jego zszokowane oczy krzyczały do mnie krótkim zdaniem:
-Aaaa... to TAK się zabawiacie!!!- i na nic były moje mgliste, perliste tłumaczenia. 
ON WIEDZIAŁ SWOJE!




Ps. Zdejmijcie ze mnie tego szalonego Nosferatu, dłużej jego głupawki nie zniosę!!!  



,

niedziela, 10 lipca 2011

Selekcja i... przetwory


Z Jaworskich wieści spieszę donieść, że nagle zaroiło się u nas od pokrytych kurzem , zmordowanych i bardzo skupionych na niezwykłym zadaniu osobników. 


źródło


Osobniki owe wyroiły się i dzielnie oblepiają obiekty do ćwiczeń, wieszają się  nad strumieniem na jakichś lianach, pławią się w moim ukochanym jeziorku i cykają pompki  na polance (Halince to mało oczy nie wyszły na ten, jakże niezrozumiały dla małego pieska widok). A już tak się cieszyłam, że i wojacy, i Adaś przestali kłaść się delikatnym cieniem na mój upragniony spokój:) Z tego wszystkiego wzięłam się za produkcję owocowych różności, które zamykam w słoiczki i buteleczki, więc może owo irytujące zaludnienie tylko wyjdzie mi na dobre :)









,

wtorek, 5 lipca 2011

Chińska Harmonia


W poprzednim wpisie deklarowałam opowieść o szukaniu Harmonii, a ponieważ już jej nałapałam, przywiozłam do domu i postawiłam na stoliku, to z góry uprzedzam, że będzie to długaśna, przynudnawa historia o... biedronce, a na domiar złego Azjatyckiej (ponoć zmutowanej przez poczciwego człowieka), więc będę szczerze zdziwiona jeśli choć jeden czytelnik wytrwa do końca;). Aaaale to chyba jedna z niewielu rzeczy jaką mogę zrobić dla dobra naszych rodzimych biedronek siedmiokropek (choć, szczerze mówiąc, nie mam nawet krzty nadziei, że im to w czymkolwiek pomoże).


Biedronka siedmiokropka, źródło

Owym zmutowanym złoczyńcą czyhającym na nasze  poczciwe, boże krówki jest:


focie Norbertowe,
ja nie mam cierpliwości do skrzydlatych modeli;)











To inwazyjny gatunek biedronki, który po wkroczeniu na nowe tereny zgrabnie i umiejętnie staje się najliczniejszym i dominującym (ponoć dość szybko przyczyniła się do wyniszczenia populacji biedronki dwukropki w Ameryce Północnej i zrobiła to w ekspresowym tempie.) No i co tu dużo gadać, od 2006 roku również i my mamy w naszej ślicznej Polsce nowy gatunek "chińskiej" biedronki, takiej co to źre jak opętana nie tylko mszyce, stawonogi i dojrzałe owoce, ale i  jaja, czy też larwy innych chrząszczy (np. tych nakrapianych "naszych"). W sumie to nie jej wina, że się zadomawia tam, gdzie jest jej dobrze. Inwazja nie jest zjawiskiem naturalnym, ino następstwem nieroztropnego zachowania człowieka, który by chronić swoje uprawy przed mszycami i innymi takimi, zaczął przenosić biedronkę poza rejony jej występowania. W dwa lata od pierwszych obserwacji Harmonia axyridis zdążyła zadomowić się w większej części naszego kraju, i świetnie się tu czuje, lubi tereny zurbanizowane, a jej ugryzienie (tak, ta zmora gryzie) może powodować alergię...

Tu została przez Norberta przyłapana na delektowaniu się  koleżanką


I tu zbliżam się właśnie do harmoniowego  monitoringu prowadzonego przez Centrum Badań Ekologicznych PAN, który ruszył w 2008 roku, a którego celem jest dokładna rejestracja rozprzestrzeniania się  owego osobnika u nas. Jakiś czas temu obfociłam takowego, obejrzałam, pokontemplowałam... i zapomniałam na pewien czas, będąc święcie przekonaną, że tu, w Bezduszu, gdzie bytują nawet raki szlachetne za nic w świecie nie znajdę najeźdźców a Azji. Myliłam się jednak, czego smutnym dowodem jest pełen słoik axyridisów formy succinea (najpopularniejszej):




łatwo je rozpoznać, bo są pomarańczowe bądź czerwone, w "rozlane" czarne plamy



  i dwa osobniki (kanibalka+ ta poniżej) formy spectabilis ( ładniutka, prawda?): 

albo w plamy czerwone na czarnym tle;)

Zastanawiałam się, czy monitoring jest nadal prowadzony, ale szybko dostałam odpowiedź, że "jak najbardziej", a wszelkie info możecie uzyskać na dole notki. Z pewnością niebawem przyjdzie mi się pożegnać z sympatyczną siedmiokropką i wspominać ją będę z rozrzewnieniem, ale cóż...tak to w przyrodzie zawładniętej przez ludzi bywa;) Jeszcze pokarzę jak Wam jak odróżnić Azjatkę od tej rodzimej, w momencie gdy są w formie larwy, zwanej pieszczotliwie krokodylkiem:


źródło zdjęcia


źródło zdjęcia

 i tabelka pomagająca odróżnić formy już dorosłe, ze stronki wspominanego wcześniej  Centrum Badań Ekologicznych PAN



i info dotyczące monitoringu, które znalazłam TUTAJ

"Zwracamy się z prośbą do wszystkich, którzy już spotkali lub w przyszłości zaobserwują bądź odłowią H. axyridis na terenie naszego kraju, o poinformowanie nas o tym i, o ile to możliwe, przesłanie okazów dowodowych lub zdjęć cyfrowych biedronek wraz z następującymi danymi:

data obserwacji
dokładne położenie stanowiska (miejscowość lub współrzędne geograficzne)
środowisko (np. pole kukurydzy, park miejski, bór sosnowy, na ścianie budynku, w mieszkaniu)
roślina, na której stwierdzono biedronkę (jeśli obserwator nie zna nazwy rośliny, prosimy podać, czy jest to roślina zielna, krzew, drzewo liściaste czy drzewo iglaste)
przybliżona liczba stwierdzonych biedronek (pojedynczy osobnik czy większa ich liczba)
stwierdzone stadia rozwojowe (dorosłe chrząszcze, larwy, poczwarki)
sposób stwierdzenia (np. obserwacja, złowienie w czerpak entomologiczny, odłowienie na światło)
o ile będzie to możliwe, prosimy również o podanie, jakimi mszycami lub innym pokarmem odżywiały się zaobserwowane biedronki
Jeśli osoba przysyłająca nam okazy biedronek będzie życzyła sobie je odzyskać, odeślemy je z powrotem po obejrzeniu.

Informacje prosimy przesyłać:
na adres e-mailowy: harmonia@cbe.internetdsl.pl

lub pocztą tradycyjną:

Piotr Ceryngier
Centrum Badań Ekologicznych PAN
Dziekanów Leśnyul. M. Konopnickiej 1
05-092 Łomianki"

UFFF... 

Na koniec dementuje plotkę, że jakoby biedronki robią to tak:




One robią to na... "pasówkę", bo wyposażone są w swoisty zamek;) tzn. samiec biedronki ma odpowiedni kluczyk do samicy , ale tylko tej ze swojego gatunku, co zapobiega powstawaniu hybryd i innych dziwactw. Niezwykłe, prawda???

A tych wszystkich co dobrnęli do tego miejsca proszę o wybaczenie... długość tego wpisu powaliła mnie na łopatki. Gwoli wyjaśnienia  powiem, że mogłabym klikać noc całą, bo nie wiem w co się wsadzić i gdzie się podziać. Mam takiego nerwa, bo od kilku lat próbuję uporać się z przewlekłą boreliozą, a tu znów chlasnęła mnie nimfa i wylazł mi wstrętny rumień, no jak z podręcznika. Jutro będę u lekarza, ale noc jak nic mam z głowy... ech... poczytam sobie co u Was:)



piątek, 1 lipca 2011

Fajna Babka

Przedstawiam Wam fajną babkę, pstrykniętą tuż przed tym jak Zły Król odebrał mi aparat mówiąc:
-Jak go w końcu wyczyścisz, to będziesz mogła z nim latać!!!
Mam nadzieję, że z lapkiem nie będzie tak samo, a Król Ów okaże swoje łaskawsze oblicze... i mam nadzieję również, że w najbliższym czasie uda mi się nałapać Harmonii i Wam ją opisać, tymczasem... Bywajcie i bawcie się weekendowo;)















,