sobota, 2 czerwca 2012

Makatka nad łóżkiem

Chciałam jeszcze coś Wam "powiedzieć" w nawiązaniu do dzieci, ale po przejściach dnia wczorajszego padłam obolałymi polikami w poduchy i (jak to mawia Norbert) niepostrzeżenie znalazłam się offline. Ponoć takie zachowania bywają niebezpieczne- pewna znajoma, której również dane było tak odlecieć ze zmęczenia (chwilę po tym, jak okazało się, że jednak może odetchnąć i przestać gwałtownie siwieć) obudziła się nad ranem i pożarła całe opakowanie Ptasiego Mleczka Wedla o smaku waniliowym, razem z plastikową przekładką oddzielającą warstwy. Podpuszczana dopowiada, że papierowego pudełka nawet nie skubnęła, że należy na to mleczko uważać,  i że już do końca życia będzie zamykać przed snem szafki na klucz, a klucz wędrować będzie do teściowej w depozyt ;)

O dzieciach napiszę jakośkiedyś, a tymczasem pozostawiam Was z gromadką rumianych, różnorodnych twarzyczek. Troszeczkę dlatego, że znowu znikam i nie wiem jak z blogowaniem będzie, a bardzo chcę o tych moich zgryzach stomatologicznych szybko zapomnieć... No i troszeczkę dlatego, że w Bezduszu znalazłam za szafą kolejną pocztówkę z wizerunkiem dziecka namalowanego przez Panią Danutę Muszyńską-Zamorską. Pocztówki te były niegdyś bardzo popularne (właśnie, właśnie- wraz z tymi dźwiękowymi) i bardzo dobrze pamiętam te wszystkie wielkookie twarzyczki, zerkające na mnie ze słomianej makatki wiszącej nad łóżkiem. Wtedy przyszło mi zarówno kończyć, jak i zaczynać dzień od niezwykłego wymieniania się spojrzeniami , a teraz cudnie było, przy pomocy pocztówki, przenieść się na chwilę do tamtych czasów...


obie autorstwa Pani Muszyńskiej -Zamorskiej

William Bouguereau

Heinrich Hirt

Charles Joshua Chaplin

Danuta Franczak

Xu Fang

Albert Edelfelt

Karina Kiel

Magda Burdzyńska


*

piątek, 1 czerwca 2012

Nie wesoło nie zabawnie

Bo jak tu się śmiać ze spuchnięta gębą
rechotać
gdy człek obolały
gdy marudzi się
i smęci
i nogami powłóczy
szurając jak szczur stuletni
albo żebraczyna na etacie?

Jak tu się źdźbłami cieszyć
chmurki gonić po niebie
gdy wzrok mocno zmącony
zmęczony
i zrozpaczony
gdy strach odstąpić kibelek
tak choćby na ćwierćkroczku?

Jak się w całości oddawać
lenistwu ukochanemu
bo gdy tylko się legnie
to zaraz głowa pełna
zmartwień
zmor i smętów
aż biadolić człek zaczyna
i tak w koło Macieju
 i uparcie od nowa

no jak?
się zapytuję
mocno retorycznie :)




Wybaczcie mi, że zmusiłam Was do czytania powyższego. Wstąpiłam właśnie z namaszczeniem w czwarty etap rozpaczy, potocznie głupawą zwany, bo znów przyplątały mi się przeboje z zębami. Wszyscy chcieli dobrze (wszyscy: znaczy się każdy, kto postanowił mi pomóc i wziąć się za te moje zniszczone lekami uzębienie), a wyszło jak zawsze. Wskutek czego mam poważne deformacje twarzy po lewej stronie w postaci cudnie okazałego obrzęku, po prawej nie lepiej, bo studentka cośtam przepchnęła przez wierzchołek zęba i samo miało przejść, ale wiadomo, nie byłabym sobą, gdyby się nie spaprało i właśnie po przeciwnej stronie również robi się rozkosznie balonowato. Pocieszające jest to, że będę spuchnięta równomiernie, na chomiczycę. No cóż, cierpiętnicą ci ja dyplomowaną. W poszukiwaniu domowych sposobów u doktora Googla (a konkretnie stąd), dowiedziałam się, że by sobie ulżyć powinnam:
* gryźć goździki i najlepiej wpychać je do dziury
...dziury ani tym bardziej goździków nie posiadam- odpada
* wypłukać wnętrze "kieliszeczkiem czystej, dobrze schłodzonej wódeczki", a najlepiej pić i płukać, na zmianę
...no cóż, biere antybiotyki i nie po drodze im z wódeczką, choćby nawet nie wiem jak mocno schłodzoną  (za to po drodze im z sensacjami żołądkowymi górnymi i dolnymi oraz mocno oswojonymi już drożdżakami, o przewrotny, okrutny losie) -tak czy siak odpada
* miejscowo zastosować wacik z jodyną
...jodyny, kocanek ani nawet płynu Lugola brak, apteki zresztą też- trudno, odpada
* włożyć czosnek, bądź wacik nasączony wódką do przeciwległego ucha
...eee, bolą zęby po obu stronach, zaaplikowanie tej metody skutkowałoby utratą słuchu, a co za tym idzie całkowitą dezorientacją, bo jak wiadomo wzrok u mnie nietęgi, i choć czosnek lubię, to jednakże smakowanie go małżowinami strasznie mnie odstręcza- bleee, odpada
* nacierać bolące miejsce aspiryną
...o nie! bolące miejsce nie daje się dotknąć, a co dopiero natrzeć- niemasochistycznie odpada
* mocno rozmasować ząb szczoteczką do zębów
... ale z dwojga złego to już wolę natrzeć wszystkie zęby aspiryną, chociaż nie mam pojęcia jak się do tego zmusić, ale wymyśliłam, że zacznę od palców u stóp i sukcesywnie będę się posuwać wyżej, może nim się spostrzegę... :)))

STASYS EIDRIGEVICIUS "Ostatni ząb"


Taaak, no przecież jakbym wiedziała, jak się zmuszać do pewnych rzeczy to z pewnością miałabym już swój pierwszy, zarobiony milion dawno za sobą. Ot co!

*

czwartek, 17 maja 2012

Zatrzymana chwila

Przyszło mi dziś przetrzepać laptopa w poszukiwaniu jakiegoś swojego zdjęcia, które niespodziewanie stało się potrzebne. Jako, że wsio zaraz po zgraniu przerzucam na dysk zewnętrzny (a ten akuratnie leży sobie spokojnie na półeczce, jakiś szmat drogi stąd), no, chyba, że są to już te moje sławetne badylaszki, albo ukochane obrazki z Bezdusza, które jednak chcę mieć nijako przy sobie (czytajcie: walają się po pulpicie i innych folderach, w których bytują zupełnie nieproszone), to poszukiwanie owo zajęło mi nieco czasu. Warto było, bo dzięki niemu odbyłam niezwykłą wyprawę fotkowym wehikułem czasu do dni zupełnie już zapomnianych.




Gdy Norbert zrobił mi to zdjęcie byłam świeżo i bezsilnie zakochana… i nieszczęśliwie oczywiście, jeśli tak to trywialnie można nazwać, choć unikam tego typu sformułowań. Nie widziałam w tej, nie niosącej nawet krztyny nadziei miłości nic nieszczęśliwego, wręcz przeciwnie.
Pamiętam, że chustkę, granatową, ze srebrnymi nitkami dostałam od przyjaciółki i do dziś nosi ją moja mama, że miałam śpiewać razem z „moim” chórem w Nieszporach Ludźmierskich, cudnym oratorium Pawluśkiewicza i strasznie się na to cieszyłam, bo mieli przyjechać artyści z Krakowa, za którymi się zwyczajnie stęskniłam, a szczególnie za pewnym pianistą ;)
Pamiętam, że szyba w oknie na klatce schodowej była tak brudna, że aż ładna, światło sączyło się przez nią leniwie, a poręcz schodów była metalowa i zimna, że było lato, że intensywnie pachniało obiadem, jak w barze mlecznym…
Pamiętam, że kilka dni później wpadłam pod samochód i prawie nic mi się nie stało, choć lekarz przed naciągnięciem mi skóry z powrotem na twarz modlił się po łacinie, gdy mu oznajmiłam, że jednak chyba potrzebuję teĵ twarzy w jednym, w miarę bezbliznowym kawałku, bo chcę zdawać do szkoły teatralnej ...

Pamiętam też, że miałam masę planów na jutro i ani odrobiny miejsca na smutek... i to chyba był ten jedyny, niedostrzegalny ułamek sekundy.  


*

środa, 2 maja 2012

No co tu dużo gadać

I znów zielono mi...





Choć oczywiście z lekką nutką goryczy w postaci jątrzącej się niepewności: czy nadal będę mogła cieszyć się tym moim rajskim Bezduszem, czy też pewnego dnia przyjdzie mi wyrwać kawał serca, zagrzebać pod ukochanym progiem i nigdy już tu nie wrócić. Ta straszna myśl uwiera mnie jak kamyk w bucie, którego nie sposób wytrząchnąć, ani się przyzwyczaić. Niemniej staram się wszelkimi sposobami udawać, że "kamyczka udręki" nie ma, usilnie kierując swoje myśli na inne tory, porzeczkowe na ten przykład...




Krzaczki wdzięczą się do mnie frędzelkami kwiatów, zapowiadając urodzaj owoców, a tą czarną, "babciną", która rodzi porzeczki najpyszniejsze na świecie udało mi się "powielić" i aż dziw bierze, że te młode krzewinki dosłownie rosną z dnia na dzień. W domu grasują korniki, farba łuszczy się jakoś ładniej niż zazwyczaj, a światło wpadające przez szpary pozwala oglądać spektakl tańczących w powietrzu drobinek.  "Wstrętnego, morderczego kurzu", tak bym powiedziała kiedyś i to całkiem niedawno, łapczywie żłopiąc powietrze przy akompaniamencie świstów i kaszlu, upodabniając się tym samym do akordeonu z dziurawym miechem... Na szczęście takie astmo-ekscesy to już przeszłość.







Maurycy Alejandro z zimowej "przechowalni" wrócił  nieco pokiereszowany na pyszczku, ze stratą kawałka zęba, i w doborowym  towarzystwie siedemnastu kolegów, krwoipijców. Tychże na ganek nie wpuściłam, z obrzydzeniem powyskubywałam z Maurycowej sierści i wrzuciłam do ognia. Kot poczuł się wyraźnie uwolniony od całego tego pasożytniczego półświatka i pół dnia dziękował mi cudnym śpiewem i innymi mruczandami...


  

a drugie pół dnia opalał się wraz z Haliną na ganku, blokując tym samym ciąg komunikacyjny prowadzący do domu, ale zostało im to oczywiście wybaczone...


Z dalszych wieści spieszę donieść wszystkim zainteresowanym, że... pająk Maciek zmienił miejscówkę i już nie straszy pod sufitem ino w kuchennym oknie, a nietoperze znów wróciły za okiennice, po tym, jak je mój mało rozgarnięty brat "wytrzepał" stamtąd w zeszłym roku długo miały uraz do tegoż miejsca. Jednemu nawet błysnęłam po oczach, ale trzy osoby, na trzy zapytane, nie dowidzą na poniższym zdjęciu mojego Gacusia, więc musicie mi wierzyć na słowo;)

No i zasypałam Was po czubki głów obrazkami, ale co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? może, że to tylko kropla w morzu!;) Jutrem lecę znów do Bezdusza i w planach mam robienie syropu z sosny...


choć nieco się obawiam, bo dookoła domu pojawiły się tabliczki zwiastujące utratę życia... Cóż, sosnowe specyfiki na zimę wcale nie muszą być zdrowe- akuratnie w tym szczególnym przypadku...




no to się porobiło :)))

*

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Owoce lata, czyli co zrodziło Bezdusze 2011

Tak tak, Bezdusze i jego niezwykła aura daje nam nie tylko zdjęcioweprzyjacielskie, czy też słodkie  owoce... 
Zeszłego lata, wyjątkowo zaludnione Bezdusze zrodziło, (przy oczywistym udziale mojego brata i jego drugiej, zdecydowanie piękniejszej połowy) takie oto dorodne i rumiane jabłuszko, które przyszło na świat dokładnie 48 godzin temu :)




I tak oto niniejszym premierowo i nieco przedwcześnie (o jakieś 3 tygodnie) zostałam dumną ciocią :) Jestem oszołomiona!
Jabłuszko o wdzięcznym, silnym imieniu odziedziczyło po mnie skłonność do nocnego rozrabiania, a co za tym idzie również spanie do późnych godzin porannych...jak i  donośny, dźwięczny głos, który to używany jest z nieukrywanym entuzjazmem jako broń wszelaka...

A ja? a ja trwam w nieustającym zachwycie nad życiem, wiosną i małym, bezbronnym człowiekiem i nie jestem w stanie sklecić ani jednego, w miarę sensownego zdania więcej :)  Och...



***
Wirtualnie możecie poczuć się solidnie wyściskani w porywie radości

***
Och!!!

*

czwartek, 19 kwietnia 2012

Zahipnotyzowana

Aaaa...no tak, miało być o tym, że przeciętnie trzy razy na godzinę coś mnie zachwyca, a ta cała mnogość achów ochów nieco utrudnia Sydoniowe funkcjonowanie, bowiem zachwyty mają w pakiecie kilka niedogodności takich jak:
-niebezpieczne długie zawieszenie pomiędzy wdechem a wydechem, 
-wyraz twarzy który wzbudza powszechne zatroskanie zwieńczone z słowami: "o matko, dobrze się Pani czuje?"
- olbrzymią stratę czasu: nie, nieeee...ja się nie zachwycę i pójdę sobie spokojnie dalej, celebrując swój doniosły stan umysłu w towarzystwie jakiejś dodatkowej czynności, najlepiej wielce pożytecznej... Co to to nie. Ja się zachwycę i jestem już stracona dla bliskich, dalszych i ogólnie świata, tym bardziej, że pochłaniają mnie rzeczy zwykłe i na wyciągnięcie ręki, a takich przecież cała mnogość dookoła nas...









*


niedziela, 15 kwietnia 2012

Skrzydlate szczęście

Do mojej sakiewki pełnej szczęść zupełnie niedawno dołączyło kolejne, przecudnej urody skrzydlate i kolorowe. Wygrałam je w Candy u Zosi i aż nie mogłam uwierzyć, że trafi akuratnie do mnie... 
W towarzystwie łaciatego szczęścia, szczęścia pluszowego i jeszcze jednego, o którym nie będę się rozpisywała, bo mi miejsca i życia zabraknie... tak więc w tym doborowym, sympatycznym towarzystwie umila mi bytność domową rodząc śliczne, barwne plamy. Co więcej, ich niestrudzoną wędrówką po pokoju odmierza mi płynący czas uciekającego dnia, czyli przyjemne z pożytecznym :)
Zdarzyło mu się również wyfrunąć z moich czterech ścian, by "zaistnieć" w nieco odmiennej i symbolicznej scenografii ;)



Chciałabym podziękować Zosi za tak piękny podarunek, który wyczarowała własnymi rękoma. Jest mi niezmiernie miło, że patrzę sobie na coś, co poczyniła wrażliwa, ciepła i niezwykle utalentowana osoba. Śniły mi się dziś cudnie kolorowe pola i pierwsze co mi przyszło na myśl, gdy stopą poszukiwałam kapcia-dezertera, to były właśnie Zosine obrazy przedstawiające Kociewskie pejzaże... Bardzo je lubię.



A tak w ogóle, to u  Zosi mieszkają Anioły, ptaszki, witrażowe twory, potwory i moc, moc kolorów... gorąco polecam odwiedzenie Jej bloga, albo fan pejdża.




Moje ptaszki, łapane obiektywem nie są tak kolorowe jak Zosine...


ale pocieszam się myślą, że to PRAWIE jak u jednego z moich ulubionych ilustratorów :) 

Józef Wilkoń Zima

Zosi, Wam i innym moim uszczęśliwiaczom
dedykuję pewną myśl (Alberta Schweitzera), że...
 „Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli" 

Ot co! :D





*

środa, 11 kwietnia 2012

Plackiem na kamieniu

Święta święta po mojemu, czyli było (zapowiadane już wcześniej) fiołkobranie...









...i plackodumanie na kamieniu. Jak już gdzieś wspominałam, jestem w trakcie opracowywania planu przyciągnięcia owego "kamyczka" do ogródka, albo i nawet jeszcze dalej, bo do Jaworza. Kamień jest niezwykle przyjazny, nie gniecie, nie ziębi, nie przegania ino utula opiekuńczo i miło. Słowem, nic tylko go sobie przywłaszczyć, by móc się nim cieszyć kiedy tylko zmęczona dusza zapragnie :) 



Święta bez telefonu i internetu, obfitujące w dostatek jasnych, nicniemuszących, przyjemnych godzinek... nawet kotom lumpikom przyszło się cieszyć tym czasem i jego obfitościami, i drapnąć małe, rybie conieco :D





Nie zdążyłam złożyć świątecznych życzeń, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poświątecznie życzyć Wam:

 mnóstwa słońca, wiosny w sercach i spokoju w umysłach. 
Wszystkiego co radosne i mające moc uszczęśliwiania. 
Wesołych poświąt kochani :)))



Ps. uważajcie na kleszcze, mnie już zmory poczęły namiętnie napastować :)))



*