wtorek, 5 lipca 2011

Chińska Harmonia


W poprzednim wpisie deklarowałam opowieść o szukaniu Harmonii, a ponieważ już jej nałapałam, przywiozłam do domu i postawiłam na stoliku, to z góry uprzedzam, że będzie to długaśna, przynudnawa historia o... biedronce, a na domiar złego Azjatyckiej (ponoć zmutowanej przez poczciwego człowieka), więc będę szczerze zdziwiona jeśli choć jeden czytelnik wytrwa do końca;). Aaaale to chyba jedna z niewielu rzeczy jaką mogę zrobić dla dobra naszych rodzimych biedronek siedmiokropek (choć, szczerze mówiąc, nie mam nawet krzty nadziei, że im to w czymkolwiek pomoże).


Biedronka siedmiokropka, źródło

Owym zmutowanym złoczyńcą czyhającym na nasze  poczciwe, boże krówki jest:


focie Norbertowe,
ja nie mam cierpliwości do skrzydlatych modeli;)











To inwazyjny gatunek biedronki, który po wkroczeniu na nowe tereny zgrabnie i umiejętnie staje się najliczniejszym i dominującym (ponoć dość szybko przyczyniła się do wyniszczenia populacji biedronki dwukropki w Ameryce Północnej i zrobiła to w ekspresowym tempie.) No i co tu dużo gadać, od 2006 roku również i my mamy w naszej ślicznej Polsce nowy gatunek "chińskiej" biedronki, takiej co to źre jak opętana nie tylko mszyce, stawonogi i dojrzałe owoce, ale i  jaja, czy też larwy innych chrząszczy (np. tych nakrapianych "naszych"). W sumie to nie jej wina, że się zadomawia tam, gdzie jest jej dobrze. Inwazja nie jest zjawiskiem naturalnym, ino następstwem nieroztropnego zachowania człowieka, który by chronić swoje uprawy przed mszycami i innymi takimi, zaczął przenosić biedronkę poza rejony jej występowania. W dwa lata od pierwszych obserwacji Harmonia axyridis zdążyła zadomowić się w większej części naszego kraju, i świetnie się tu czuje, lubi tereny zurbanizowane, a jej ugryzienie (tak, ta zmora gryzie) może powodować alergię...

Tu została przez Norberta przyłapana na delektowaniu się  koleżanką


I tu zbliżam się właśnie do harmoniowego  monitoringu prowadzonego przez Centrum Badań Ekologicznych PAN, który ruszył w 2008 roku, a którego celem jest dokładna rejestracja rozprzestrzeniania się  owego osobnika u nas. Jakiś czas temu obfociłam takowego, obejrzałam, pokontemplowałam... i zapomniałam na pewien czas, będąc święcie przekonaną, że tu, w Bezduszu, gdzie bytują nawet raki szlachetne za nic w świecie nie znajdę najeźdźców a Azji. Myliłam się jednak, czego smutnym dowodem jest pełen słoik axyridisów formy succinea (najpopularniejszej):




łatwo je rozpoznać, bo są pomarańczowe bądź czerwone, w "rozlane" czarne plamy



  i dwa osobniki (kanibalka+ ta poniżej) formy spectabilis ( ładniutka, prawda?): 

albo w plamy czerwone na czarnym tle;)

Zastanawiałam się, czy monitoring jest nadal prowadzony, ale szybko dostałam odpowiedź, że "jak najbardziej", a wszelkie info możecie uzyskać na dole notki. Z pewnością niebawem przyjdzie mi się pożegnać z sympatyczną siedmiokropką i wspominać ją będę z rozrzewnieniem, ale cóż...tak to w przyrodzie zawładniętej przez ludzi bywa;) Jeszcze pokarzę jak Wam jak odróżnić Azjatkę od tej rodzimej, w momencie gdy są w formie larwy, zwanej pieszczotliwie krokodylkiem:


źródło zdjęcia


źródło zdjęcia

 i tabelka pomagająca odróżnić formy już dorosłe, ze stronki wspominanego wcześniej  Centrum Badań Ekologicznych PAN



i info dotyczące monitoringu, które znalazłam TUTAJ

"Zwracamy się z prośbą do wszystkich, którzy już spotkali lub w przyszłości zaobserwują bądź odłowią H. axyridis na terenie naszego kraju, o poinformowanie nas o tym i, o ile to możliwe, przesłanie okazów dowodowych lub zdjęć cyfrowych biedronek wraz z następującymi danymi:

data obserwacji
dokładne położenie stanowiska (miejscowość lub współrzędne geograficzne)
środowisko (np. pole kukurydzy, park miejski, bór sosnowy, na ścianie budynku, w mieszkaniu)
roślina, na której stwierdzono biedronkę (jeśli obserwator nie zna nazwy rośliny, prosimy podać, czy jest to roślina zielna, krzew, drzewo liściaste czy drzewo iglaste)
przybliżona liczba stwierdzonych biedronek (pojedynczy osobnik czy większa ich liczba)
stwierdzone stadia rozwojowe (dorosłe chrząszcze, larwy, poczwarki)
sposób stwierdzenia (np. obserwacja, złowienie w czerpak entomologiczny, odłowienie na światło)
o ile będzie to możliwe, prosimy również o podanie, jakimi mszycami lub innym pokarmem odżywiały się zaobserwowane biedronki
Jeśli osoba przysyłająca nam okazy biedronek będzie życzyła sobie je odzyskać, odeślemy je z powrotem po obejrzeniu.

Informacje prosimy przesyłać:
na adres e-mailowy: harmonia@cbe.internetdsl.pl

lub pocztą tradycyjną:

Piotr Ceryngier
Centrum Badań Ekologicznych PAN
Dziekanów Leśnyul. M. Konopnickiej 1
05-092 Łomianki"

UFFF... 

Na koniec dementuje plotkę, że jakoby biedronki robią to tak:




One robią to na... "pasówkę", bo wyposażone są w swoisty zamek;) tzn. samiec biedronki ma odpowiedni kluczyk do samicy , ale tylko tej ze swojego gatunku, co zapobiega powstawaniu hybryd i innych dziwactw. Niezwykłe, prawda???

A tych wszystkich co dobrnęli do tego miejsca proszę o wybaczenie... długość tego wpisu powaliła mnie na łopatki. Gwoli wyjaśnienia  powiem, że mogłabym klikać noc całą, bo nie wiem w co się wsadzić i gdzie się podziać. Mam takiego nerwa, bo od kilku lat próbuję uporać się z przewlekłą boreliozą, a tu znów chlasnęła mnie nimfa i wylazł mi wstrętny rumień, no jak z podręcznika. Jutro będę u lekarza, ale noc jak nic mam z głowy... ech... poczytam sobie co u Was:)



piątek, 1 lipca 2011

Fajna Babka

Przedstawiam Wam fajną babkę, pstrykniętą tuż przed tym jak Zły Król odebrał mi aparat mówiąc:
-Jak go w końcu wyczyścisz, to będziesz mogła z nim latać!!!
Mam nadzieję, że z lapkiem nie będzie tak samo, a Król Ów okaże swoje łaskawsze oblicze... i mam nadzieję również, że w najbliższym czasie uda mi się nałapać Harmonii i Wam ją opisać, tymczasem... Bywajcie i bawcie się weekendowo;)















,

czwartek, 30 czerwca 2011

Małysz nie zając

Wczorajszy, Jaworski, późnonocny komitet powitalny w składzie: jeden kicak, jeden mykita i jeden kozioł, wprawił mnie w nie lada zachwyt. Tym bardziej, że od jakiegoś już czasu pewien koziołek donośnym szczekaniem obwieszcza, że moje zachwaszczone poletko jest jedynie jego własnością i kropka;) Miło było go zobaczyć  z bliska,  i choć czasami dźwięki, które z siebie wydaje przypominają raczej kasłanie mocno sfatygowanego astmatyka,  to jednak bardzo lubię tą niezwykłą kołysankę...


fot. Grzegorz Leśniewski

Jednakże ranek już do miłych nie należał. Woda w studni zmącona, dorodne porzeczki częściowo wyparowały z krzaczków, słoneczniki padły na suchoty, a zamrażarce uroiło się nagle, że jest lodówką, i na nic prośby ( no mroź kochana, mroź ładnie), ani groźby (bo na złom pójdziesz stara szantrapo). I tak chodziłam poirytowana od samiuśkiego ranka, dopóki N. nie postawił przede mną pewnego cudownego talerzyka. A z owego talerzyka uśmiechały się do mnie szeroko młode ziemniaczki koperkiem sypane, soczysta sałata, ta, co to ją własnymi zgrabiałymi rękoma wyszarpywałam z paszcz żarłocznych ślimaków winniczków... a wszystko to ułożone obok najpyszniejszej w całej galaktyce wątróbki z jabłkami duszonymi. I nim zdążyłam westchnąć wzruszona tym zacnym widokiem do uszu mych dobiegł jazgot psinki Halinki, a do chałupy wparowało dwóch rozentuzjazmowanych facetów, drących się jak opętani:
-Małysz, Małysz jest na czołgówce, wskakujcie w gazik, szybko, Małysz...-
Ucichli gwałtownie wbijając wzrok w mój apetycznie parujący talerzyk.
-eee...Norbert robił wątróbkę????-Pytanie było czysto retoryczne, zważywszy na fakt, że N. wciąż w kraciastym fartuszku i z drewnianą łopatką w jednej, a patelnią w drugiej ręce stał wmurowany w podłogę.
-No robił,  upitrasił dla całego pułku, chcecie???
-O matko, pewnie!!!- jeden mościł już sobie gniazdko przy stole.
-Ale Małysz...- drugi wydusił z siebie szeptem, nie odrywając wzroku od mojego talerza...
-A co to ja k**wa Małysza nie widziałem?- natychmiast odpowiedział sam sobie dosadnie, sadowiąc się z zadowoleniem po drugiej stronie stołu...;)






,

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Owoce tego lata, przed zbiorem


Norbert właśnie ogarnia tegoroczne owoce z Jaworza. Myślę, że wpadł w zupełnie inną przestrzeń niż rok temu. Straszniem ciekawa tych doznań, bo gdy zerknęłam przez dziurkę od klucza, zobaczyłam coś, co krzyczy do mnie głosem silnym i czystym... tak właśnie...   









,

niedziela, 26 czerwca 2011

Urojenia


Nie wiem w co ręce włożyć, więc przysiadłam na chwilkę łapiąc oddech... w towarzystwie blogerka;) W domu przywitały mnie zdobione drobnym kwieciem skalniaczki. Wszystkie zakwitły jak na zawołanie, a ja nie mogłam powstrzymać się od okrzyku radości. Ot, zaroiło się od rojników.
Są gwiaździste, wdzięczne i... 
niczego nie oczekują. 
Uwielbiam te malutkie, kunsztowne dzieła natury.  Po upalnym dniu nie skamlą omdlałymi liśćmi o konewkę wody.  Potrafią zadomowić się w jakiejś szczelince, skraweczku jałowym, i cieszyć się byle czym...to prawie tak jak...ja;)







Tak prezentowały się jakieś trzy tygodnie temu... Zobaczcie jak się teraz przystroiły:

















eee...pisałam już kiedyś, że mam problem z wyborem zdjęć i nie ma mi kto wyperswadować wrzucania ich jak leci??? ...i, że uwielbiam Preisnera? Kiedyś, dawno, dawno temu miałam przyjemność go poznać. Siedziałam na skąpanym południowym światłem krakowskim rynku, popijając cośtam  z kimśtam (nie powiem z kim) i nagle zapadł zmrok. Znaleźliśmy się w cieniu, bo ktoś podszedł do nas i przysłonił nam całe słońce. Podniosłam wzrok i zaskoczona spojrzałam mu prosto w oczy... wierzcie mi, były po stokroć cieplejsze od słońca:))) 






.

piątek, 24 czerwca 2011

Poszukiwana

Wianki, wianki,
i po wianku...
Albowiem utonął sromotnie, co oznacza tylko jedno: na zamążpójście przyjdzie mi jeszcze poczekać. Natychmiast zrodziło mi się podejrzenie, że mi któryś z dowcipniejszych kawalerów ukradkiem krzemieni do wianka nawplatał, ale cóż... dowody zdobią dno jeziora, a z męskich, wciąż zmąconych ocząt wyczytałam dziś ino błagalną prośbę: "szeptem do mnie mów". Chcąc streścić wczorajszą zabawę, to podsumowałabym ją dosadnym zwrotem: "nigdy więcej". I tylko maleńka nutka zazdrości przebrzmiewałaby w mym głosie, bo Norbert, w przeciwieństwie do mnie bawił się wyśmienicie. Zniknął niczym Kot z Cheshire, zostawiając po sobie wszak nie uśmiech, ino cudowną, obezwładniającą woń. Ja natomiast zebrałam towarzystwo (w różnym stopniu zainteresowane tematem) i zaopatrzeni w latarki udaliśmy się wesołą gromadką w las, celem puszczania wianków (wszak wszystkie obecne dziewoje pannami zwać można było). Nim dotarliśmy nad pobliską rzeczkę, ktoś zwrócił uwagę na moją koszulkę z napisem WANTED. Oczywiście natychmiast zrodziło to pomysł, bym schowała się w chaszczach, jako ten pożądany kwiat paproci, a reszta ochoczo, po uprzednim odliczeniu do stu, uda się na poszukiwania. Nim otworzyłam usta, by wyperswadować szanownemu, rozchwianemu towarzystwu tę błyskotliwą myśl, rozpłynęło się w podskokach w lasu czeluści i pokrzykiwać zaczęło niczym tabun dzieciaków tuż po usłyszeniu dzwonka obwieszczającego przerwę. Zanim ich pozbierałam, bo mimo wcześniejszego zapału jednak do poszukiwania Sydoni alias Kwiat Paproci nikt się już jakoś nie kwapił. Zanim porządek zaprowadziłam szantażując wyrzuceniem z chałupy ( a noc chłodna i ziąb przejmujący), zanim nad tą rzeczkę, z tymi wiankami i z powrotem... ech... Nad finałowe jezioro niestety towarzystwo dotrzeć nie było w stanie, a ja obiecałam sobie, że już więcej nie będę serwowała trunków nie wcześniej, niż przed pojawieniem się tarczy księżyca na granatowoczarnym niebie;)))





Jest jednakże coś, co rekompensuje mi całonocne ogarnianie szaleńców, a mianowicie, w ferworze hasania po lesie natknięto się na minipoletko poziomkowe. W świetle latarek owoców udało nam się uzbierać dwie pełne miseczki... od mojego stanika. Na rano pozostało tyle co na ząb i  tylko dla wylosowanych, ale byłam tym szczęśliwcem, więc jednak warto było się troszkę poświęcić... w tę noc Świętojańską;)













czwartek, 23 czerwca 2011

W Realu

...i bynajmniej nie o będzie to relacja z coniedzielnej, pasjonującej wycieczki do pobliskiego hipermarketu, a słów garstka w temacie pewnego niezwykłego spotkania. Widok owej osóbki, a właściwie już nawet sama nikła myśl o niej, stawiają moje zdezorientowane ślinianki na baczność, więc będzie króciutko ;D
I tak Czekolada z Gruszkami jest:
a. czekoladowowłosa ( choć spodziewałam się, nie wiedzieć czemu, rudej)
b. pięknooka ( dopatrzyłam się odcieni od malachitu po blady grafit)
c. smaczna ( o czym przekonały się wszelakie latające Jaworskie wampiry , ciumkające muszki i inne takie upierdliwce:)

Powiem Wam jeszcze, że właśnie TAK Ją sobie wyobrażałam, wyczytując jej blogowe myśli i opowiadania. Właśnie tak, nie inaczej... no, z tą różnicą, że była miedzianowłosa, ale to może będzie opowieść z przyszłości? kto wie?...


Tak jakoś niespodziewanie splątały mi się w tym roku aż trzy święta.
Boże Ciało jest dla mnie dniem niezwykłym i pełnym niespodziewajek, a dzisiejsze pachnie poziomkami i kłuje kroplami dżdżu jak sosnowymi szpilkami.  Spłakane deszczem aksamitki przywołują wytarte wspomnienia.   "Dobrze, że jesteś" mogłabym znów powiedzieć, ale nie muszę mówić naprawdę nic...










Dzień Ojca... Nadal nie powiem tacie tego, co kotłuje się we mnie z przeszłości. I choć tkwi jak zadra jątrząc się lat tyle, wciąż zastanawiam się, czy warto wyłuskiwać, odkażać i czyścić... Czy zrozumie? Czuję podskórnie, że zaboli, że słów nie znajdę, że wciąż nie potrafię "na chłodno" porozmawiać... Może za czas jakiś, ale czy mam ten czas?...


The Shelter, Jan Saudek



Noc Kupały pozostawię bez komentarza, bo całe towarzystwo od harców całonocnych w tym roku mi się wykruszyło jak kawałek spróchniałej deski;) Jeden twierdzi, że jest zaśniedziały i już nie zrzuca łaszków tak ochoczo jak kiedyś. Drugi pewnikiem zrzuca łaszki, ale tylko do celów wyższych i szczytnych, a takowych celów nie posiadam w zanadrzu. Trzeci jest płochy i nie chce wystawiać swych rumieńców na widok publiczny, a pewnikiem wpełzły by na blade, chłopięce lico od nadmiaru wrażeń, a czwarty zastrzegł na wstępie:"... że to, że ma zapędy ekshibicjonistyczne, to nie znaczy..." Uwaga! "...że jest łatwy"...eeee... i masz babo placek;)) no i cóż mam biedna, oj biedna ci ja, czynić? ;)


źródło




 .

wtorek, 14 czerwca 2011

Pokrzywa NIE zwyczajna

O nadprzyrodzonych właściwościach tegoż chwastu można by rzec słów niemało. Jej lecznicze przywary zajmują zaszczytne i honorowe miejsce w medycynie ludowej całego świata, a samu zielsku przypisywano magiczne właściwości odpędzania, "palenia" złych energii i chronienia domostw przed piorunami. Na dzień dzisiejszy na ten przykład używa się jej ( a właściwie to pozyskanego z niej chlorofilu) do leczenia choroby popromiennej, więc co by o niej złośliwego nie powiedzieć to jednak trzeba przyznać, że parząca cholera ma moc jak diabli ;)


źródło


Idąc dalej zielonym tropem, a i motywowana kolejnymi paczkami leków ( nie pocieszał mnie nawet fakt, że tym razem w postaci granulowanej i o znośnym smaku) zeszłego lata zaczęłam przyglądać się pokrzywie nieco przychylniejszym wzrokiem. Do tej pory jawiła mi się jako słomkowozielony, parujący napój parzony przez moja babcię. Ciemne liście pływały o ogromnym, grubym słoju niczym rozczłonkowany wrak okrętu. Przyglądałam się nim smętnie, wiedząc, że zaraz zostanę napojona owym wywarem i na nic moje protesty i knowacje celem uniknięcia onego. Wtedy, dla mnie z pokrzywą w roli głównej była też jeszcze baśń Andersena Dzikie łabędzie. Słuchałam jak zaklęta opowieści  o  biednej Elizie, która delikatnymi dłońmi zrywa wstrętne parzydła, depcze je by uzyskać włókna ( pokrzywowe są mocne, długie i lekkie) i caluśka obolała plecie koszuliny dla ukochanych braci. Doskonale pamiętam piękne ilustracje do tej baśni jak i to, że wielkim łukiem omijałam połacie wszędobylskiego ziela.

Wracając do tego co chciałam napisać, a co mi się nieco rozwlekło po literkach. No tak, dorwałam się do ledwo dychającego internetowego łącza i pogalopowałam hen za góry, za lasy:) Otóż... chciałam zachęcić Was do szukania pomocy w darach natury, do posmakowania siłodajnych,  choć niepozornych ziół. Do picia pysznych napojów parzonych z kilku liści mięty, melisy, skrawków imbiru, takich słodzonych miodem i zdobionych wirującym plastrem cytryny. Do szukania nowych smaków i spojrzenia z innej perspektywy na bohaterkę dzisiejszego wpisu, poczciwą, zasłużoną, magiczną i wszędobylską pokrzywę, której osobiście zawdzięczam wiele dobrego...
A jeśli nabralibyście ochoty na uraczenie siebie i bliskich pokrzywową brejką to zamieszczam fotoprzepisik. Jest delikatna i łagodna w smaku, spróbujcie sami!


BREJKA POKRZYWOWA SMACZNA I ZDROWA 

i tak najsampierw  udajemy się ku połaci pokrzywowej zrywać samiuśkie , młode wierzchołki,  uzbrojeni w rękawice lub co tam kto ma na tę okazję ( ja zrywam bez oręża, jako, że pozwala mi to zapomnieć na dni kilka o chorych stawach;)  














różniaste żyjątka i innych amatorów pokrzywy zostawiamy w spokoju, nie niepokoimy, nie strącamy, nie zrywamy, możemy się ino przyglądać cudakom ;)

gąsienica bielinka kapustnika


eee...plusknia jagodziak 


pokrzywę zostawiamy na 3 godzinki by przewiędła i straciła parzące właściwości, lub myjemy i przebieramy ją w rękawiczkach. Usuwamy wszystko co brzydkie i nieapetyczne, zostawiamy samiuśkie zdrowe, zieloniutkie listki. Po umyciu blanszujemy krótka chwilkę we wrzątku i odcedzamy, przestudzoną wodą z blanszowania podlewam naokienne roślinki, co im się podoba niezmiernie.



 



w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i trzemy odrobinę imbiru, szklimy na masełku i dodajemy posiekana pokrzywę, dusimy króciutko... 








nie zwracamy absolutnie żadnej uwagi na smutny ryjek imbiru, trzemy bezlitośnie;)

uduszoną pokrzywę imbirowo -czosnkową przekładamy do rondelka, zalewamy dwiema szklankami mleka i zagotowujemy, potem zagęszczamy mąką mieszaną z jogurtem greckim, oprószamy solą i pieprzem...






Serwujemy z grillowaną piersią kurczęcą lub roladkami schabowymi... z jajkiem gotowanym na twardo, z pierożkami mięsnymi i jak co komu do głowy wpadnie... My, z racji tego, że w Jaworzu je się zazwyczaj to, co akuratnie jest na stanie( a wszystko smakuje tu ponadprzeciętnie i niewyobrażalnie), pałaszujemy pokrzywową brejkę z tortellini różniastymi lub mięskiem jakowymś, najchętniej łapiemy talerze i  zmykamy na ganek okrasić wszystko słonecznymi promieniami...




ZATEM SMACZNEGO I NA ZDROWIE!!! 




niedziela, 22 maja 2011

Róża na niedzielę

Miało być o kleszczach, bo krążę wokół napisania takowej pogadanki...


źródło
Ale...
Za sprawą kilku słów w komentarzach wyczytanych, gwałtownie zachciało mi się sorbetów wszelakich kwaśnych, szczypiących, malinowych zmysłowo i czarnopożeczkowych rozkosznie. Najchętniej domowych i podanych w pucharku zwieńczonym mnogością promieni miękkiego, popołudniowego słońca...

Tak mi się ta zachciewajka rozpanoszyła po synapsach, że gotowa wręcz jestem wparować do nocnego Tesco, w swojej z lekka nieocenzurowanej piżamce, z nieładem we włosach i obłędem w krótkowzrocznych oczydłach, w poszukiwaniu błogiego, sorbetowego zaspokojenia... mniejsza już o ciepłe promyczki i zgrabne pucharki... mniejsza o środki płatnicze...
Na próżno próbowałam wyszperać nieistniejący sorbet cytrynowy z głębokich czeluści zamrażarkowych, na próżno raczę się zmrożoną herbatką różaną, na próżno zapewne również próbuję dać ujście zachciewajce klikając impulsywnie w klawisze...
Jedno jest pewne, jako że posiadam słusznej wielkości żywopłot  z róży cukrowej , jutro ograbię ją z płatków i kręcić będę cudnie aromatyczne sorbetowe pyszności, a i Wam polecam poeksperymentowanie z tymiż różanymi płatkami nie tylko w sypialni ;) Odkryłam je kilka lat temu i zakochałam się natychmiast, a wiedziona tym uczuciem pichcę radośnie różane marmoladki, płatki smażone w cukrze i oczywiście suszę, bo cudnie aromatyzują herbatki. Mnogości doznań opisać nie potrafię, ale myślę, że właśnie Akemi umiałaby zakląć ją w słowa i może kiedyś ją o to poproszę:)
Poniżej zdjęcia owej magicznej róży, niestety jakiś żarłacz chochliczy pozbawił ją płatków brutalnie i znienacka, co czeka ją również w tym roku, no... niestety ;)












Smacznego płatkobrania ;)




,

piątek, 20 maja 2011

Takem nieszczęśliwa

Jest pewien dzień, który tuż po przebudzeniu naznaczony zostaje bolesnym, rozdzierającym westchnieniem niczym czarną chorągiewką... i łopocze ona targana tymiż  westchnieniami dzień caluśki, a ja, obleczona smętkami i bezkreśnie nieszczęśliwa wsiadam do auta, przekręcam kluczyk, a w myślach rodzi mi się wizja, która w każdych innych okolicznościach  byłaby wizją z plakietką tylkonieto i tylkonieteraz... ale akuratnie  tu i teraz, w tym długim ułamku sekundy, trącąc nadzieją kołacze mi się o pustej czaszki sklepienie te słów kilka, jak mantra Jaworska:
-a nuż nie odpali...a nuż nie odpali chrabąszczyk srebrzysty... a nuż...

Odpalił pojazd nieczuły i wrócić musiałam bezsprzecznie... i wzdycham natrętnie, a każde kolejne westchnienie odbija się głucho o ściany i spada na dywan wsiąkając weń bezszelestnie... no takem jest nieszczęśliwa, a świat nic sobie z tego nie robi... ech...

Jedynie pewna myśl malutka niczym nieśmiały promyczek przedziera się przez grubą, sfilcowaną warstwę mej dzisiejszej nieszczęśliwości... ale o tym dopiero jak urośnie w siłę, teraz westchnienie ino mi pozostaje, bo cóż by, cóż by innego:)












(westchnienie...)










,