czwartek, 28 lipca 2011

A niebo błękitne nade mną

Wypadło mi się z obiegu. Totalnie i z całym dobrodziejstwem inwentarza, tzn. telefon leży gdzieś w kącie i nawet nie wiem w którym, a kątów ci tutaj dostatek. Włosy nieprzystrzyżone, choć niektórzy twierdzą, że jest to wielce artystyczny i zachwycający nieład, a i miło z ich strony, że powtarzają to z takim zacięciem. Natomiast gdy zamykam oczy przed snem i widzę grzybki, kuraski dorodne meszkiem tulone, czy też prawdziwki malusie w rządku przede mną "kolejno odlicz", to...to już po mnie i obowiązkach przyziemnych moich... znaczy się konkretnie, że wypadło mi się z przetartych torów, ległam w trawie i błagam świat o zapomnienie. 

 "...oprócz błękitnego nieba
    nic mi dzisiaj nie potrzeba..."
                                     Marek Jackowski 






I tak ja tu się radośnie pokładam po glebie smyrana wszelakimi czynnikami atmosferycznymi, bądź nurzam się kontemplacyjnie w orzeźwiających strugach, a w równorzędnym blogowym świecie jakiśktoś niespodziewane serdeczności w moim kierunku śle, wzruszając mnie tym niezmiernie... Ten ktośjakiś to dwie niezwykłe, choć różniące się od siebie jak ogień i woda osóbki. Dwie cudne kobiety. 

Wodą tkliwą, aksamitną, w której refleksami tańczą skrzące się myśli  jest Lafle.

Ogień zaś, pasja... poryw szczery, szalony i nieokiełznany to... Czarna Lola.

I choć nie przepadam za wirtualnymi wojażami, to jednak muszę przyznać i pewnie zgodzicie się ze mną, że podróże owe są furtką, drzwiami do niezwykłych światów. Cieszę się, że dane mi jest je zwiedzać, poznawać i niejako zadomawiać się w nich...



Całym moim roztrzepanym jestestwem dziękuję Wam za owe serdeczności, tym bardziej, że takie niespodziewane... bo przeczytałam i padłam jak ta bidulka poniżej, z tą różnicą, że zachowałam komplet kończyn, w przeciwieństwie do denatki:)




I mam nadzieję, że świat się nie zawali i gradobicie mnie ominie jeśli troszkę, a właściwie eee... całkowicie pominę, przeskoczę, udam, zaplączę się i nie wypełnię tych tam takich różnych, wiecie... trza by przeczytać, pomyśleć, napisać o sobie, wyróżnić, powklejać, napisać, pomyśleć, powysyłać, pomyśleć kto lubi, a może nie lubi... po omacku jakby... pomyśleć, napisać...

A ja chcę Was wszystkich wyróżnić, bo uwielbiam do Was zaglądać. Wzruszać się, uśmiechać, zachwycać się jak dziecko. Rozpływać się w kolorach lub nurzać czerni, łapać od kogoś dobre myśli, zasmucić się z kimś innym... pomarzyć, zarazić się beztroską, wygłupić się ot tak :)

Nie sposób mi wybrać, wskazać gdzie, w którym świecie czuje się najlepiej...

A o sobie... piszę wciąż niedokończoną opowieść:) 





*

poniedziałek, 18 lipca 2011

Zagadka :)



Ciekawa jestem... kto  z Was najszybciej odgadnie co to jest???



ps. przewiduję nagrodę - niespodziewajkę ;)



*
  A tak na marginesie to...nie chcę być niekompletna!!!




,

czwartek, 14 lipca 2011

Zdejmijcie To ze mnie!


Jakąż  ulgę poczułam wczorajszego wieczoru, gdy z posennym przypływem świadomości odkryłam, że moje sponiewierane ciało nie ma już ochoty wyskakiwać z przyciasnej skóry, a kolacja ze skotłowanych wnętrzności. Cóż, na sam widok jakiejkolwiek pigułki robię się zielona, a to czego doświadczam w momencie, gdy zmuszona jestem je przyjmować porównać jedynie można do podróży w kosmos. Dlatego radośnie mi się zrobiło i lekko tu, na ziemi, a przepełniona pozytywnymi emocjami poczułam zbliżające się tsunami sił witalnych. Wyskoczyłam z łóżka, zakrzątnęłam się po pokoju jako ta roziskrzona Disneyowska Królewna Śnieżka od krasnoludków i złapana za nosek cudnym, kawowym aromatem (och, och... biedny, nieszczęśliwy, przygaszony Nosferatu zaparzył mi filiżaneczkę... och...mój dobry duszek wampirek) w radosnym pląsie spłynęłam po schodach wprost w objęcia rozświetlonej kuchni i kawowych zapachów. 


źródło



A tam... Oczom mym z lekka niedowierzającym ukazał się widok przecudnej, hipnotyzującej urody. Na stole, przyćmiewając swym ogromem małą filiżaneczkę, rozpanoszył się dostojny talerz pełen słodkości wszelakich, ułożonych w zgrabną rozetkę... i jako ten kwiat egzotyczny kusił widokiem i nęcił obietnicą rozkoszy. Rozejrzałam się, w kuchni żywej duszy, znaczy się Nosferatu podążył na rytualną, conocną przechadzkę, więc jak uszczknę nieco z rozetkowych obfitości, skubnę ino jednego, małego płatka to z pewnością się nie zorientuje, nie zauważy nawet. Od tygodnia mam szlaban na smakołyki. Od długiego tygodnia zaciskam mocno powieki otwierając szafkę z zapasami i na oślep macam w poszukiwaniu słoika z herbatą. Tak tylko skubnę sobie jak ptaszyna... kilka okruszków... 


źródło


...i już, już wyciągam dłoń po nugatowego wafelka, gdy nagle zapala się wielka, czerwona lampka, a przed oczami przelatują mi obrzydliwe, jątrzące się obrazy. Jak wiadomo dłuższa antybiotykoterapia przy nieodpowiedniej diecie skutkować może zagrzybieniem całego organizmu, a nic mnie tak nie przeraża jak choroby skóry i uzębienia. Natychmiast w mojej głowie niczym w małym, przytulnym kinie wyświetla się niesmaczny horror pod tytułem:"Zmasowany atak Kandydozy". Westchnęłam tylko na tą dobrze znaną mi projekcję, włączyłam "klatkę stop" i wyciągnęłam dłoń w stronę słodkościowego zatracenia.
-Ej...Jeden gryzek parchem Cię nie powlecze...-myślę sobie, a dłoń moja pewnie zmierza w wiadomą stronę. W tym samym momencie coś śmierdzącego spada mi na głowę i poczułam gepardzi skok wymierzony w moje plecy... jakieś cielsko uczepiło się i usilnie próbuje mnie obezwładnić. Pal licho wiszący mi na plecach ludzki worek, ale siatka która boleśnie wrzynała mi się w poliki, śmierdziała obrzydliwie. Z pewnością była okropnie zakurzona i brudna, czym natychmiast przelała czarę goryczy. Ryknęłam rykiem złowieszczym i ostrzegawczym, po czym zebrawszy wszystkie siły zrzuciłam napastnika z pleców i robiąc półobrót zaatakowałam na oślep i tym co miałam akuratnie pod ręką, czyli własnymi  pazurami. Nie wiem czego się uczepiłam, ale trzepałam jakbym miała do odświeżenia stuletni, latający dywan. Taki, który próbuje się bronić i czyni to w dosyć bolesny sposób, bo nadwyrężając mi cebulki na głowie. Szarpię do utraty sił, słyszę tylko wycie, jęki i nieznośne jazgotanie psa. Po dłuższej chwili orientuję się, że trzymam w zaciśnietych dłoniach... rajstopowe stopki. No takie rajstopki??? Puszczam to ścierwo i rozpaczliwie szukam jakiegoś sensu w całej tej sytuacji. Napastnik też łapie oddech i stając w lekkim rozkroku niefrasobliwie odsłania czułe miejsce. No tego mi tyko było trzeba!!! Nim zdążyłam pomyśleć, noga sama mi wystrzeliła jak z procy i gruchnęła prosto w krocze obłąkańca. Jak stał, tak padł, a ja wykorzystując sytuację złapałam za dyndające rajstopowe stopy i owinąwszy je sobie wokół dłoni ciągnąć poczęłam ze wszystkich sił, coby szybko obnażyć oblicze szaleńca (w międzyczasie doszłam do wniosku, że faktycznie TYLKO jakiś szaleniec zdecydowałby się na taki nietuzinkowy kamuflaż... szlaniec no i Lady Gaga, a jak wiadomo z wariatami nie ma żartów). Dopiero teraz zaczął się wić jak piskorz. Przydusiłam go nieco i ciągnę dalej jak tą rzepkę, a on macha tymi rękoma jakby chciał odlecieć, ulecieć na bezpieczną odległość...  
i niespodziewanie grzechotanie znajome zakuło mnie w uszy. Patrzę, a Tu Norbertowa bransoletka połyskuje na nadgarstku napastnika. No...!!! to dopiero TERAZ mi się zakotłowało, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo ktoś do drzwi wejściowych począł walić niecierpliwie. Puściłam piskorza  (zaraz się z nim policzę) i przygładzając rozentuzjazmowane całym zajściem włosy pobiegłam zobaczyć "kto tam". Za drzwiami stał zaprzyjaźniony ochroniarz i jak tylko go ujrzałam, wiedziałam, że muszę... no MUSZĘ zaciągnąć Go do kuchni, co by się na Norbercie natychmiast odegrać... Gość, gdy tylko zobaczył siedzącą na podłodze postać w rajstopkach na łbie, siatkę, rozrzucone klapki, z czego jeden leżał na stole, tuż obok przynętowego talerzyka... no i ciśniętą w kąt srebrną taśmę na krokodyla, zrobił minę osoby, która doznała natychmiastowego olśnienia. Jego zszokowane oczy krzyczały do mnie krótkim zdaniem:
-Aaaa... to TAK się zabawiacie!!!- i na nic były moje mgliste, perliste tłumaczenia. 
ON WIEDZIAŁ SWOJE!




Ps. Zdejmijcie ze mnie tego szalonego Nosferatu, dłużej jego głupawki nie zniosę!!!  



,

niedziela, 10 lipca 2011

Selekcja i... przetwory


Z Jaworskich wieści spieszę donieść, że nagle zaroiło się u nas od pokrytych kurzem , zmordowanych i bardzo skupionych na niezwykłym zadaniu osobników. 


źródło


Osobniki owe wyroiły się i dzielnie oblepiają obiekty do ćwiczeń, wieszają się  nad strumieniem na jakichś lianach, pławią się w moim ukochanym jeziorku i cykają pompki  na polance (Halince to mało oczy nie wyszły na ten, jakże niezrozumiały dla małego pieska widok). A już tak się cieszyłam, że i wojacy, i Adaś przestali kłaść się delikatnym cieniem na mój upragniony spokój:) Z tego wszystkiego wzięłam się za produkcję owocowych różności, które zamykam w słoiczki i buteleczki, więc może owo irytujące zaludnienie tylko wyjdzie mi na dobre :)









,

wtorek, 5 lipca 2011

Chińska Harmonia


W poprzednim wpisie deklarowałam opowieść o szukaniu Harmonii, a ponieważ już jej nałapałam, przywiozłam do domu i postawiłam na stoliku, to z góry uprzedzam, że będzie to długaśna, przynudnawa historia o... biedronce, a na domiar złego Azjatyckiej (ponoć zmutowanej przez poczciwego człowieka), więc będę szczerze zdziwiona jeśli choć jeden czytelnik wytrwa do końca;). Aaaale to chyba jedna z niewielu rzeczy jaką mogę zrobić dla dobra naszych rodzimych biedronek siedmiokropek (choć, szczerze mówiąc, nie mam nawet krzty nadziei, że im to w czymkolwiek pomoże).


Biedronka siedmiokropka, źródło

Owym zmutowanym złoczyńcą czyhającym na nasze  poczciwe, boże krówki jest:


focie Norbertowe,
ja nie mam cierpliwości do skrzydlatych modeli;)











To inwazyjny gatunek biedronki, który po wkroczeniu na nowe tereny zgrabnie i umiejętnie staje się najliczniejszym i dominującym (ponoć dość szybko przyczyniła się do wyniszczenia populacji biedronki dwukropki w Ameryce Północnej i zrobiła to w ekspresowym tempie.) No i co tu dużo gadać, od 2006 roku również i my mamy w naszej ślicznej Polsce nowy gatunek "chińskiej" biedronki, takiej co to źre jak opętana nie tylko mszyce, stawonogi i dojrzałe owoce, ale i  jaja, czy też larwy innych chrząszczy (np. tych nakrapianych "naszych"). W sumie to nie jej wina, że się zadomawia tam, gdzie jest jej dobrze. Inwazja nie jest zjawiskiem naturalnym, ino następstwem nieroztropnego zachowania człowieka, który by chronić swoje uprawy przed mszycami i innymi takimi, zaczął przenosić biedronkę poza rejony jej występowania. W dwa lata od pierwszych obserwacji Harmonia axyridis zdążyła zadomowić się w większej części naszego kraju, i świetnie się tu czuje, lubi tereny zurbanizowane, a jej ugryzienie (tak, ta zmora gryzie) może powodować alergię...

Tu została przez Norberta przyłapana na delektowaniu się  koleżanką


I tu zbliżam się właśnie do harmoniowego  monitoringu prowadzonego przez Centrum Badań Ekologicznych PAN, który ruszył w 2008 roku, a którego celem jest dokładna rejestracja rozprzestrzeniania się  owego osobnika u nas. Jakiś czas temu obfociłam takowego, obejrzałam, pokontemplowałam... i zapomniałam na pewien czas, będąc święcie przekonaną, że tu, w Bezduszu, gdzie bytują nawet raki szlachetne za nic w świecie nie znajdę najeźdźców a Azji. Myliłam się jednak, czego smutnym dowodem jest pełen słoik axyridisów formy succinea (najpopularniejszej):




łatwo je rozpoznać, bo są pomarańczowe bądź czerwone, w "rozlane" czarne plamy



  i dwa osobniki (kanibalka+ ta poniżej) formy spectabilis ( ładniutka, prawda?): 

albo w plamy czerwone na czarnym tle;)

Zastanawiałam się, czy monitoring jest nadal prowadzony, ale szybko dostałam odpowiedź, że "jak najbardziej", a wszelkie info możecie uzyskać na dole notki. Z pewnością niebawem przyjdzie mi się pożegnać z sympatyczną siedmiokropką i wspominać ją będę z rozrzewnieniem, ale cóż...tak to w przyrodzie zawładniętej przez ludzi bywa;) Jeszcze pokarzę jak Wam jak odróżnić Azjatkę od tej rodzimej, w momencie gdy są w formie larwy, zwanej pieszczotliwie krokodylkiem:


źródło zdjęcia


źródło zdjęcia

 i tabelka pomagająca odróżnić formy już dorosłe, ze stronki wspominanego wcześniej  Centrum Badań Ekologicznych PAN



i info dotyczące monitoringu, które znalazłam TUTAJ

"Zwracamy się z prośbą do wszystkich, którzy już spotkali lub w przyszłości zaobserwują bądź odłowią H. axyridis na terenie naszego kraju, o poinformowanie nas o tym i, o ile to możliwe, przesłanie okazów dowodowych lub zdjęć cyfrowych biedronek wraz z następującymi danymi:

data obserwacji
dokładne położenie stanowiska (miejscowość lub współrzędne geograficzne)
środowisko (np. pole kukurydzy, park miejski, bór sosnowy, na ścianie budynku, w mieszkaniu)
roślina, na której stwierdzono biedronkę (jeśli obserwator nie zna nazwy rośliny, prosimy podać, czy jest to roślina zielna, krzew, drzewo liściaste czy drzewo iglaste)
przybliżona liczba stwierdzonych biedronek (pojedynczy osobnik czy większa ich liczba)
stwierdzone stadia rozwojowe (dorosłe chrząszcze, larwy, poczwarki)
sposób stwierdzenia (np. obserwacja, złowienie w czerpak entomologiczny, odłowienie na światło)
o ile będzie to możliwe, prosimy również o podanie, jakimi mszycami lub innym pokarmem odżywiały się zaobserwowane biedronki
Jeśli osoba przysyłająca nam okazy biedronek będzie życzyła sobie je odzyskać, odeślemy je z powrotem po obejrzeniu.

Informacje prosimy przesyłać:
na adres e-mailowy: harmonia@cbe.internetdsl.pl

lub pocztą tradycyjną:

Piotr Ceryngier
Centrum Badań Ekologicznych PAN
Dziekanów Leśnyul. M. Konopnickiej 1
05-092 Łomianki"

UFFF... 

Na koniec dementuje plotkę, że jakoby biedronki robią to tak:




One robią to na... "pasówkę", bo wyposażone są w swoisty zamek;) tzn. samiec biedronki ma odpowiedni kluczyk do samicy , ale tylko tej ze swojego gatunku, co zapobiega powstawaniu hybryd i innych dziwactw. Niezwykłe, prawda???

A tych wszystkich co dobrnęli do tego miejsca proszę o wybaczenie... długość tego wpisu powaliła mnie na łopatki. Gwoli wyjaśnienia  powiem, że mogłabym klikać noc całą, bo nie wiem w co się wsadzić i gdzie się podziać. Mam takiego nerwa, bo od kilku lat próbuję uporać się z przewlekłą boreliozą, a tu znów chlasnęła mnie nimfa i wylazł mi wstrętny rumień, no jak z podręcznika. Jutro będę u lekarza, ale noc jak nic mam z głowy... ech... poczytam sobie co u Was:)



piątek, 1 lipca 2011

Fajna Babka

Przedstawiam Wam fajną babkę, pstrykniętą tuż przed tym jak Zły Król odebrał mi aparat mówiąc:
-Jak go w końcu wyczyścisz, to będziesz mogła z nim latać!!!
Mam nadzieję, że z lapkiem nie będzie tak samo, a Król Ów okaże swoje łaskawsze oblicze... i mam nadzieję również, że w najbliższym czasie uda mi się nałapać Harmonii i Wam ją opisać, tymczasem... Bywajcie i bawcie się weekendowo;)















,

czwartek, 30 czerwca 2011

Małysz nie zając

Wczorajszy, Jaworski, późnonocny komitet powitalny w składzie: jeden kicak, jeden mykita i jeden kozioł, wprawił mnie w nie lada zachwyt. Tym bardziej, że od jakiegoś już czasu pewien koziołek donośnym szczekaniem obwieszcza, że moje zachwaszczone poletko jest jedynie jego własnością i kropka;) Miło było go zobaczyć  z bliska,  i choć czasami dźwięki, które z siebie wydaje przypominają raczej kasłanie mocno sfatygowanego astmatyka,  to jednak bardzo lubię tą niezwykłą kołysankę...


fot. Grzegorz Leśniewski

Jednakże ranek już do miłych nie należał. Woda w studni zmącona, dorodne porzeczki częściowo wyparowały z krzaczków, słoneczniki padły na suchoty, a zamrażarce uroiło się nagle, że jest lodówką, i na nic prośby ( no mroź kochana, mroź ładnie), ani groźby (bo na złom pójdziesz stara szantrapo). I tak chodziłam poirytowana od samiuśkiego ranka, dopóki N. nie postawił przede mną pewnego cudownego talerzyka. A z owego talerzyka uśmiechały się do mnie szeroko młode ziemniaczki koperkiem sypane, soczysta sałata, ta, co to ją własnymi zgrabiałymi rękoma wyszarpywałam z paszcz żarłocznych ślimaków winniczków... a wszystko to ułożone obok najpyszniejszej w całej galaktyce wątróbki z jabłkami duszonymi. I nim zdążyłam westchnąć wzruszona tym zacnym widokiem do uszu mych dobiegł jazgot psinki Halinki, a do chałupy wparowało dwóch rozentuzjazmowanych facetów, drących się jak opętani:
-Małysz, Małysz jest na czołgówce, wskakujcie w gazik, szybko, Małysz...-
Ucichli gwałtownie wbijając wzrok w mój apetycznie parujący talerzyk.
-eee...Norbert robił wątróbkę????-Pytanie było czysto retoryczne, zważywszy na fakt, że N. wciąż w kraciastym fartuszku i z drewnianą łopatką w jednej, a patelnią w drugiej ręce stał wmurowany w podłogę.
-No robił,  upitrasił dla całego pułku, chcecie???
-O matko, pewnie!!!- jeden mościł już sobie gniazdko przy stole.
-Ale Małysz...- drugi wydusił z siebie szeptem, nie odrywając wzroku od mojego talerza...
-A co to ja k**wa Małysza nie widziałem?- natychmiast odpowiedział sam sobie dosadnie, sadowiąc się z zadowoleniem po drugiej stronie stołu...;)






,

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Owoce tego lata, przed zbiorem


Norbert właśnie ogarnia tegoroczne owoce z Jaworza. Myślę, że wpadł w zupełnie inną przestrzeń niż rok temu. Straszniem ciekawa tych doznań, bo gdy zerknęłam przez dziurkę od klucza, zobaczyłam coś, co krzyczy do mnie głosem silnym i czystym... tak właśnie...   









,

niedziela, 26 czerwca 2011

Urojenia


Nie wiem w co ręce włożyć, więc przysiadłam na chwilkę łapiąc oddech... w towarzystwie blogerka;) W domu przywitały mnie zdobione drobnym kwieciem skalniaczki. Wszystkie zakwitły jak na zawołanie, a ja nie mogłam powstrzymać się od okrzyku radości. Ot, zaroiło się od rojników.
Są gwiaździste, wdzięczne i... 
niczego nie oczekują. 
Uwielbiam te malutkie, kunsztowne dzieła natury.  Po upalnym dniu nie skamlą omdlałymi liśćmi o konewkę wody.  Potrafią zadomowić się w jakiejś szczelince, skraweczku jałowym, i cieszyć się byle czym...to prawie tak jak...ja;)







Tak prezentowały się jakieś trzy tygodnie temu... Zobaczcie jak się teraz przystroiły:

















eee...pisałam już kiedyś, że mam problem z wyborem zdjęć i nie ma mi kto wyperswadować wrzucania ich jak leci??? ...i, że uwielbiam Preisnera? Kiedyś, dawno, dawno temu miałam przyjemność go poznać. Siedziałam na skąpanym południowym światłem krakowskim rynku, popijając cośtam  z kimśtam (nie powiem z kim) i nagle zapadł zmrok. Znaleźliśmy się w cieniu, bo ktoś podszedł do nas i przysłonił nam całe słońce. Podniosłam wzrok i zaskoczona spojrzałam mu prosto w oczy... wierzcie mi, były po stokroć cieplejsze od słońca:))) 






.

piątek, 24 czerwca 2011

Poszukiwana

Wianki, wianki,
i po wianku...
Albowiem utonął sromotnie, co oznacza tylko jedno: na zamążpójście przyjdzie mi jeszcze poczekać. Natychmiast zrodziło mi się podejrzenie, że mi któryś z dowcipniejszych kawalerów ukradkiem krzemieni do wianka nawplatał, ale cóż... dowody zdobią dno jeziora, a z męskich, wciąż zmąconych ocząt wyczytałam dziś ino błagalną prośbę: "szeptem do mnie mów". Chcąc streścić wczorajszą zabawę, to podsumowałabym ją dosadnym zwrotem: "nigdy więcej". I tylko maleńka nutka zazdrości przebrzmiewałaby w mym głosie, bo Norbert, w przeciwieństwie do mnie bawił się wyśmienicie. Zniknął niczym Kot z Cheshire, zostawiając po sobie wszak nie uśmiech, ino cudowną, obezwładniającą woń. Ja natomiast zebrałam towarzystwo (w różnym stopniu zainteresowane tematem) i zaopatrzeni w latarki udaliśmy się wesołą gromadką w las, celem puszczania wianków (wszak wszystkie obecne dziewoje pannami zwać można było). Nim dotarliśmy nad pobliską rzeczkę, ktoś zwrócił uwagę na moją koszulkę z napisem WANTED. Oczywiście natychmiast zrodziło to pomysł, bym schowała się w chaszczach, jako ten pożądany kwiat paproci, a reszta ochoczo, po uprzednim odliczeniu do stu, uda się na poszukiwania. Nim otworzyłam usta, by wyperswadować szanownemu, rozchwianemu towarzystwu tę błyskotliwą myśl, rozpłynęło się w podskokach w lasu czeluści i pokrzykiwać zaczęło niczym tabun dzieciaków tuż po usłyszeniu dzwonka obwieszczającego przerwę. Zanim ich pozbierałam, bo mimo wcześniejszego zapału jednak do poszukiwania Sydoni alias Kwiat Paproci nikt się już jakoś nie kwapił. Zanim porządek zaprowadziłam szantażując wyrzuceniem z chałupy ( a noc chłodna i ziąb przejmujący), zanim nad tą rzeczkę, z tymi wiankami i z powrotem... ech... Nad finałowe jezioro niestety towarzystwo dotrzeć nie było w stanie, a ja obiecałam sobie, że już więcej nie będę serwowała trunków nie wcześniej, niż przed pojawieniem się tarczy księżyca na granatowoczarnym niebie;)))





Jest jednakże coś, co rekompensuje mi całonocne ogarnianie szaleńców, a mianowicie, w ferworze hasania po lesie natknięto się na minipoletko poziomkowe. W świetle latarek owoców udało nam się uzbierać dwie pełne miseczki... od mojego stanika. Na rano pozostało tyle co na ząb i  tylko dla wylosowanych, ale byłam tym szczęśliwcem, więc jednak warto było się troszkę poświęcić... w tę noc Świętojańską;)













czwartek, 23 czerwca 2011

W Realu

...i bynajmniej nie o będzie to relacja z coniedzielnej, pasjonującej wycieczki do pobliskiego hipermarketu, a słów garstka w temacie pewnego niezwykłego spotkania. Widok owej osóbki, a właściwie już nawet sama nikła myśl o niej, stawiają moje zdezorientowane ślinianki na baczność, więc będzie króciutko ;D
I tak Czekolada z Gruszkami jest:
a. czekoladowowłosa ( choć spodziewałam się, nie wiedzieć czemu, rudej)
b. pięknooka ( dopatrzyłam się odcieni od malachitu po blady grafit)
c. smaczna ( o czym przekonały się wszelakie latające Jaworskie wampiry , ciumkające muszki i inne takie upierdliwce:)

Powiem Wam jeszcze, że właśnie TAK Ją sobie wyobrażałam, wyczytując jej blogowe myśli i opowiadania. Właśnie tak, nie inaczej... no, z tą różnicą, że była miedzianowłosa, ale to może będzie opowieść z przyszłości? kto wie?...


Tak jakoś niespodziewanie splątały mi się w tym roku aż trzy święta.
Boże Ciało jest dla mnie dniem niezwykłym i pełnym niespodziewajek, a dzisiejsze pachnie poziomkami i kłuje kroplami dżdżu jak sosnowymi szpilkami.  Spłakane deszczem aksamitki przywołują wytarte wspomnienia.   "Dobrze, że jesteś" mogłabym znów powiedzieć, ale nie muszę mówić naprawdę nic...










Dzień Ojca... Nadal nie powiem tacie tego, co kotłuje się we mnie z przeszłości. I choć tkwi jak zadra jątrząc się lat tyle, wciąż zastanawiam się, czy warto wyłuskiwać, odkażać i czyścić... Czy zrozumie? Czuję podskórnie, że zaboli, że słów nie znajdę, że wciąż nie potrafię "na chłodno" porozmawiać... Może za czas jakiś, ale czy mam ten czas?...


The Shelter, Jan Saudek



Noc Kupały pozostawię bez komentarza, bo całe towarzystwo od harców całonocnych w tym roku mi się wykruszyło jak kawałek spróchniałej deski;) Jeden twierdzi, że jest zaśniedziały i już nie zrzuca łaszków tak ochoczo jak kiedyś. Drugi pewnikiem zrzuca łaszki, ale tylko do celów wyższych i szczytnych, a takowych celów nie posiadam w zanadrzu. Trzeci jest płochy i nie chce wystawiać swych rumieńców na widok publiczny, a pewnikiem wpełzły by na blade, chłopięce lico od nadmiaru wrażeń, a czwarty zastrzegł na wstępie:"... że to, że ma zapędy ekshibicjonistyczne, to nie znaczy..." Uwaga! "...że jest łatwy"...eeee... i masz babo placek;)) no i cóż mam biedna, oj biedna ci ja, czynić? ;)


źródło




 .

wtorek, 14 czerwca 2011

Pokrzywa NIE zwyczajna

O nadprzyrodzonych właściwościach tegoż chwastu można by rzec słów niemało. Jej lecznicze przywary zajmują zaszczytne i honorowe miejsce w medycynie ludowej całego świata, a samu zielsku przypisywano magiczne właściwości odpędzania, "palenia" złych energii i chronienia domostw przed piorunami. Na dzień dzisiejszy na ten przykład używa się jej ( a właściwie to pozyskanego z niej chlorofilu) do leczenia choroby popromiennej, więc co by o niej złośliwego nie powiedzieć to jednak trzeba przyznać, że parząca cholera ma moc jak diabli ;)


źródło


Idąc dalej zielonym tropem, a i motywowana kolejnymi paczkami leków ( nie pocieszał mnie nawet fakt, że tym razem w postaci granulowanej i o znośnym smaku) zeszłego lata zaczęłam przyglądać się pokrzywie nieco przychylniejszym wzrokiem. Do tej pory jawiła mi się jako słomkowozielony, parujący napój parzony przez moja babcię. Ciemne liście pływały o ogromnym, grubym słoju niczym rozczłonkowany wrak okrętu. Przyglądałam się nim smętnie, wiedząc, że zaraz zostanę napojona owym wywarem i na nic moje protesty i knowacje celem uniknięcia onego. Wtedy, dla mnie z pokrzywą w roli głównej była też jeszcze baśń Andersena Dzikie łabędzie. Słuchałam jak zaklęta opowieści  o  biednej Elizie, która delikatnymi dłońmi zrywa wstrętne parzydła, depcze je by uzyskać włókna ( pokrzywowe są mocne, długie i lekkie) i caluśka obolała plecie koszuliny dla ukochanych braci. Doskonale pamiętam piękne ilustracje do tej baśni jak i to, że wielkim łukiem omijałam połacie wszędobylskiego ziela.

Wracając do tego co chciałam napisać, a co mi się nieco rozwlekło po literkach. No tak, dorwałam się do ledwo dychającego internetowego łącza i pogalopowałam hen za góry, za lasy:) Otóż... chciałam zachęcić Was do szukania pomocy w darach natury, do posmakowania siłodajnych,  choć niepozornych ziół. Do picia pysznych napojów parzonych z kilku liści mięty, melisy, skrawków imbiru, takich słodzonych miodem i zdobionych wirującym plastrem cytryny. Do szukania nowych smaków i spojrzenia z innej perspektywy na bohaterkę dzisiejszego wpisu, poczciwą, zasłużoną, magiczną i wszędobylską pokrzywę, której osobiście zawdzięczam wiele dobrego...
A jeśli nabralibyście ochoty na uraczenie siebie i bliskich pokrzywową brejką to zamieszczam fotoprzepisik. Jest delikatna i łagodna w smaku, spróbujcie sami!


BREJKA POKRZYWOWA SMACZNA I ZDROWA 

i tak najsampierw  udajemy się ku połaci pokrzywowej zrywać samiuśkie , młode wierzchołki,  uzbrojeni w rękawice lub co tam kto ma na tę okazję ( ja zrywam bez oręża, jako, że pozwala mi to zapomnieć na dni kilka o chorych stawach;)  














różniaste żyjątka i innych amatorów pokrzywy zostawiamy w spokoju, nie niepokoimy, nie strącamy, nie zrywamy, możemy się ino przyglądać cudakom ;)

gąsienica bielinka kapustnika


eee...plusknia jagodziak 


pokrzywę zostawiamy na 3 godzinki by przewiędła i straciła parzące właściwości, lub myjemy i przebieramy ją w rękawiczkach. Usuwamy wszystko co brzydkie i nieapetyczne, zostawiamy samiuśkie zdrowe, zieloniutkie listki. Po umyciu blanszujemy krótka chwilkę we wrzątku i odcedzamy, przestudzoną wodą z blanszowania podlewam naokienne roślinki, co im się podoba niezmiernie.



 



w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i trzemy odrobinę imbiru, szklimy na masełku i dodajemy posiekana pokrzywę, dusimy króciutko... 








nie zwracamy absolutnie żadnej uwagi na smutny ryjek imbiru, trzemy bezlitośnie;)

uduszoną pokrzywę imbirowo -czosnkową przekładamy do rondelka, zalewamy dwiema szklankami mleka i zagotowujemy, potem zagęszczamy mąką mieszaną z jogurtem greckim, oprószamy solą i pieprzem...






Serwujemy z grillowaną piersią kurczęcą lub roladkami schabowymi... z jajkiem gotowanym na twardo, z pierożkami mięsnymi i jak co komu do głowy wpadnie... My, z racji tego, że w Jaworzu je się zazwyczaj to, co akuratnie jest na stanie( a wszystko smakuje tu ponadprzeciętnie i niewyobrażalnie), pałaszujemy pokrzywową brejkę z tortellini różniastymi lub mięskiem jakowymś, najchętniej łapiemy talerze i  zmykamy na ganek okrasić wszystko słonecznymi promieniami...




ZATEM SMACZNEGO I NA ZDROWIE!!!